poniedziałek, 7 marca 2016

Nie ma mocnych

W drugiej części sagi rodu Pawlaków i Kargulów Kazimierz Pawlak ma duże zmartwienie, gdyż nie ma komu przekazać gospodarki. Jeden syn ma dość swojej ziemi, drugi robi karierę naukową, a wnuczka Ania chce zdawać na studia. Mocno tym strapiony Kaźmirz modli się o niepowodzenie, a gdy niebiosa wysłuchują jego modlitwy, postanawia związać dziewczynę z Rudnikami przez małżeństwo z przystojnym mechanizatorem rolnictwa Zenkiem Adamcem. Młodzi i owszem, zakochują się w sobie, ale temu związkowi mocno przeciwni są rodzice Ani, Jadźka i Witia, którzy pragnęliby, aby córka nie mieszkała na wsi.

Ta część filmowej trylogii ma wydźwięk zdecydowanie krytyczny wobec ustroju, obnażając typowe wady społeczeństwa socjalistycznego – kumoterstwo, korupcję, bezprawne wyzyskiwanie państwowego mienia dla celów prywatnych, stosunki i stosuneczki. Z drugiej jednak strony propaguje się gierkowską nowoczesność – tu w formie mechanizacji rolnictwa – co dało okazję do zabawnej konfrontacji z obyczajowym i gospodarskim konserwatyzmem Pawlaka. Trudno zapomnieć komiczne sceny pilnowania Ani i Zenka, żeby się młodzi nie zagalopowali nadto w swoich amorach, ale znacznie poważniejszy wydźwięk ma storpedowanie przyjęcia weselnego tylko dlatego, że nowożeńcy odmówili ślubu kościelnego.
 
Poza trafną obserwacją obyczajową tradycyjnie już dla całego cyklu najmocniejszymi atutami filmu są doskonałe kreacje aktorskie (na szczęście Kargul przemawia już głosem Władysława Hańczy) oraz komiczne powiedzonka Pawlaka, do których należy m.in. to: „Mania, Anielcia, kury bić! Jutro cywilne wesele, a rosół na dwóch nogach spaceruje!”.

Druga część trylogii została obsypana nagrodami, w tym Nagrodą Publiczności na FPFF w Gdańsku, Grand Prix „Złote Grono” dla filmu oraz nagrodą dla Wacława Kowalskiego w ramach Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie oraz „Jantarem” w czasie II Międzynarodowych Spotkań Filmowych „Młodzi i film” (Sylwester Chęciński, Andrzej Mularczyk).
„Nie ma mocnych” zostało wydane w komplecie z pozostałymi częściami trylogii, w ramach cyklu „Kanon filmów polskich” (komedie).

Źródło: https://kinoplay.pl

Kochaj albo rzuć

Przeczuwający swój koniec John Pawlak zaprasza brata, jego wnuczkę Anię i sąsiada Kargula do złożenia mu wizyty w Chicago. Cała trójka wyrusza w daleką podróż, ale na lotnisku przeżywa niemiłą niespodziankę – nikt na nich nie czeka! Kiedy w końcu przybysze z Polski docierają na miejsce, czeka ich jeszcze gorsze zaskoczenie, okazuje się bowiem, że John zmarł tuż przed ich przybyciem i trafili prawie na pogrzeb. To niejedyny cios, jaki spada na Pawlaka, gdyż z testamentu wynika jednoznacznie, że zmarły miał nieślubną córkę, którą trzeba odnaleźć.
 
Wysłanie w części trzeciej Kargula i Pawlaka za ocean okazało się posunięciem genialnym, ponieważ wniosło w filmową sagę powiew świeżości i skierowało akcję na nowe tory. A zderzenie konserwatywnej obyczajowo mentalności Polaków-zabużan z nowoczesnością Ameryki dało efekt szalenie komiczny, choć jednocześnie dla nas trochę zawstydzający. Wyraził to jednoznacznie sam Kargul, mówiąc przy jakiejś okazji o Pawlaku, że jego wstyd w świecie pokazywać. Brak obycia, uprzedzenia rasowe (Pawlak mało nie mdleje widząc czarnoskórego proboszcza), zagubienie w świecie nowoczesnej techniki, fanatyczne przywiązanie do tradycji, prowincjonalność – to mogło faktycznie żenować. Z drugiej strony dostaje się i Ameryce, fascynującej, ale i niewolnej od wad (strzelanina na ulicach) i różnych niepojętych dziwactw (nagrobki dla psów, jeżdżenie kosiarką po nieboszczykach). Satyra jest zatem skierowana w obydwie strony, ale z całej opowieści wynika duma z naszej swojskiej polskości oraz duma z tych, którym się w tej Ameryce udało.
 
Podobnie jak poprzednie filmy trylogii „Kochaj albo rzuć” zostało docenione przez krytykę i na FPFF w Gdańsku doczekało się nawet Nagrody Głównej Jury. A Sylwester Chęciński otrzymał od miesięcznika „Film” Złotą Kamerę w kategorii najlepszy film o tematyce współczesnej.


Źródło: https://kinoplay.pl









Sami Swoi

Znacie? To posłuchajcie…
 
Były sobie raz dwie zwaśnione rodziny z kresowych Krużewnik, które przesiedlono na ziemie odzyskane. Ponieważ jedni nie mogli żyć bez drugich, bo po co szukać nowego wroga, skoro za płotem może być stary, osiedlili się po sąsiedzku, aby w nowych warunkach kontynuować rodzinne spory.

Jeśli w dobrej komedii mają się odzwierciedlić przywary i słabości danego społeczeństwa, to „Sami swoi” spełniają tę rolę idealnie. W przeciwieństwie do wielu innych komedii peerelowskich ostrze satyry nie jest tu skierowane przeciwko ludowej władzy – której jednakże dostaje się, i owszem – ale przeciwko tradycyjnej polskiej mentalności: skłonności do swarów i pieniactwa, lekceważenia prawa i wymuszania własnych racji siłą. W całej komediowej trylogii Sylwestra Chęcińskiego jest owa mentalność dodatkowo ubarwiona tradycjami kresowymi. Niezbyt ładny to obrazek, ale przecież główni bohaterowie cyklu, Kazimierz Pawlak i Władysław Kargul, cieszą się niezmienną sympatią widzów, podobnie jak i sam film. W dużej mierze zawdzięczają to osobistemu urokowi wykonawców tych ról – przecież nie sposób sobie wyobrazić krewkiego, despotycznego, ale obrotnego Pawlaka bez rewelacyjnej kreacji Wacława Kowalskiego, a nieco gamoniowatego, ale w gruncie rzeczy bardziej postępowego Kargula bez Władysława Hańczy. Któremu jednakże w „Samych swoich” głosu użyczył Bolesław Płotnicki (a szkoda, bo oryginalny głos Hańczy jest o niebo lepszy).
 


Kresy pojawiają się w komedii Chęcińskiego nie bez powodu, film miał bowiem do wypełnienia misję zastąpienia nostalgii Polaków za bezpowrotnie utraconymi ziemiami wschodnimi gloryfikacją ziem odzyskanych, na które za sprawą przesiedleńców powróciła Polska. I choć Kargul i Pawlak nadal z rozrzewnieniem wspominają rodzinne Krużewniki, to przecież znaleźli swoje miejsce na tym dalekim, obcym, ale żyznym i pięknym zachodzie, na którym zresztą z upodobaniem pielęgnują zastarzałe urazy. Aczkolwiek te w końcu zostają jednak przezwyciężone, a odwieczną wrogość zastępuje zbratanie się, wymuszone niejako przez miłość ich dzieci i pojawienie się na świecie wspólnej wnuczki Ani. Ale nawet gdy „Sami swoi” są wyrazicielami oficjalnej gomułkowskiej propagandy, jest ona bardzo misternie wpleciona w losy Kargulów i Pawlaków, a nad wszystkim i tak unosi się duch sarmackiej niezależności, której nie będzie w stanie zdławić żadna władza – ani w tyma, ani w następnych odcinkach trylogii.

Scenariusz filmu napisał Andrzej Mularczyk, wzorując postać Pawlaka na swoim stryju Janie. Reżyser Sylwester Chęciński otrzymał w 1969 r. Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki, a w 1978 r. Złotą Kamerę.

Źródło: https://kinoplay.pl

poniedziałek, 22 lutego 2016

Kingsajz


 Krasnoludki są na świecie.
A mieszkają w podziemiach Instytutu Badań Czwartorzędu, w Szuflandii. Wiele z nich marzy, aby być dużym i zamieszkać w Kingsajzie, gdzie jest dobrobyt, wolność i kobiety. Ale wydostać się z Szuflandii nie jest łatwo, bo odpowiednie służby, na czele z nadszyszkownikiem Kilkujadkiem, tropią i więżą nieprawomyślnych, a poza tym strzegą receptury mikstury, którą trzeba wypić, aby urosnąć. Jej skład udało się odtworzyć alchemikowi Adasiowi, dzięki czemu on i jego przyjaciel Olo mogą cieszyć się wolnością w Kingsajzie (jedynym ograniczeniem jest codzienne picie polo-cocty zapobiegającej ponownemu zmniejszeniu). Niestety działający w Kingsajzie agenci Kilkujadka doprowadzają do ujęcia Adasia, jego zmniejszenia i uwięzienia. Olo podejmuje trudną decyzję powrotu do Szuflandii, żeby uratować przyjaciela. Z zewnątrz, czyli z Kingsajzu, pomaga mu Ala, córka odkrywcy działania polo-cocty, zamienionego za karę w królika.
 







Dzięki uniwersalnemu, inteligentnemu humorowi „Kingsajz” może bawić widza zarówno znającego realia, w jakich był kręcony, jak i tego, który ma szczęście ich nie znać. Ten pierwszy, jako były krasnoludek, wyłapie pewnie jedynie więcej niuansów i podtekstów dialogów i fabuły. Co do fabuły, to pomysł na nią przyszedł reżyserowi w czasie powrotnego lotu to Polski, po dwuletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych w ramach stypendium naukowego. Tych samych emocji doświadcza w filmie Olo, kiedy musi z Kingsajzu wrócić do Szuflandii, w której nie każdy ma swoją szufladę, a muchy są na talony, i której przede wszystkim nie można ot tak sobie opuścić.
 
Film jest nie tylko dobrze napisany, ale i świetnie zagrany, przy czym największe pochwały należą się Jerzemu Stuhrowi, wcielającemu się w postać Kilkujadka. Można sobie tylko wyobrazić, z jaką przyjemnością wydestylował i sparodiował sposób zachowania i mówienia typowego członka aparatu ówczesnej władzy. Również w epizodach nie brak perełek, jak jednozdaniowa kwestia Beaty Tyszkiewicz.

Warta podkreślenia jest też strona dźwiękowa i wizualna filmu. Żywą akcję ilustruje bowiem bogato zinstrumentalizowana, energiczna, zabawna muzyka Krzesimira Dębskiego, w tym wpadające w ucho piosenki, a scenografia jest nadzwyczajna, zwłaszcza biorąc pod uwagę ówczesne możliwości techniczne. W jej powstaniu duży udział mieli czechosłowaccy specjaliści od zdjęć trikowych, i tu warto przyznać, że nie tylko Polak, ale i Czech potrafi. Wielka szkoda, że filmowi nie towarzyszą żadne dodatki, zwłaszcza o realizacji, kilka ciekawostek można jedynie wyczytać w książeczce wszytej w okładkę płyty

Seksmisja

Liga broni, liga radzi, liga nigdy cię nie zdradzi!

Polska, rok 1991. Dwóch ochotników, Max i Albert, w ramach eksperymentu zostaje poddanych mającej trwać trzy lata hibernacji. Po wybudzeniu dowiadują się, że minęły nie trzy lata, a ponad pół wieku, wskutek wojny jądrowej, która w międzyczasie wybuchła, wszyscy męscy osobnicy wyginęli, a ludzie, czyli kobiety, dla ochrony przed promieniowaniem żyjące pod ziemią, rozmnażają się przez dzieworództwo. Zgodnie z uchwałą odpowiedniego gremium Maks i Albert, po przeprowadzeniu na nich badań naukowych, mają zostać poddani naturalizacji, czyli operacji zmiany płci, a tym samym stać się częścią nowego, szczęśliwego świata bez testosteronu, agresji, przemocy i wojen. Zdesperowani mężczyźni wykorzystują okazję i uciekają, ale szukający ich oddział kobiet depcze im po piętach. Nieoczekiwanie znajdują sojuszniczkę w osobie Lamii, która pomaga im wydostać się na powierzchnię.




Czytelnicy miesięcznika „Film” uznali w 2008 roku „Seksmisję” za polską komedię stulecia. Nic dodać, nic ująć. Humor „Seksmisji” nie starzeje się mimo upływu lat i zmiany ustroju. Świetne dialogi, świetny scenariusz, świetna gra aktorów, zwłaszcza zaś duetu Jerzego Stuhra w roli prosto myślącego, niezbyt wykształconego, ale niepozbawionego chłopskiego rozumu i działającego na kobiety uroku Maksa oraz Olgierda Łukaszewicza jako subtelnego inteligenta Alberta. Obaj wnieśli w tworzenie swoich postaci sporo od siebie – ich niektóre, dziś kultowe teksty rodziły się na planie, nie było ich w scenariuszu.
 
„Seksmisja”, prócz tego, że jest komedią, jest także obrazem życia w państwie totalitarnym, którego elementy składowe występują w podziemnym państwie kobiet. Począwszy od zaprezentowanego modelu władzy, kontroli obywateli, inwigilacji, przez ograniczanie dostępu do informacji i manipulowanie nimi, a skończywszy na zakłamywaniu faktów historycznych. Na szczęście polska cenzura wycięła z filmu tylko trzy minuty – niepolityczne, choć bardzo entuzjastyczne hasło Maksa po wyjściu na powierzchnię: „Grupa! Kierunek wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja”. Z kolei cenzura funkcjonująca w owej cywilizacji na wschodzie, czyli w ZSRR, wycięła aż 40 minut, czyli całą... goliznę.
Środowisko, któremu film podpadł w całości, to feministki, zwłaszcza amerykańskie, im zatem „Seksmisji” nie polecamy, wszystkim innym – jak najbardziej.

Nie lubię poniedziałku

„Powiedz mi, dlaczego nie lubię poniedziałków” – śpiewa zespół Boomtown Rats w swoim wielkim przeboju „I don’t like Mondays”. Komedia Tadeusza Chmielewskiego stara się po części odpowiedzieć na to pytanie – bo w poniedziałki zawsze wszystko się, z przeproszeniem, pieprzy.

Rzecz dzieje się w Warszawie. Kierowca taksówki jedzie w kurs bez pasażera, zaopatrzeniowca z Sulęcic (trzasnął drzwiami, a nie wsiadł), który przyjechał do stolicy kupić części do kombajnów i biega po mieście z wałem korbowym. Nieodebrany z lotniska (delegacja powitalna utkwiła w windzie) Francesco Romanelli, przedstawiciel włoskiej firmy, zamiast spotkania handlowego w Maszynohurcie przeżywa niesamowite przygody, w tym porwanie przez krewkiego taksówkarza, który wziął go za zaopatrzeniowca. Dyżurny milicjant ruchu drogowego nie może się skupić na pracy, bo musi pilnować synka, któremu zamknięto przedszkole z powodu różyczki. A jego żonie, pracownicy biura matrymonialnego, zagubił się dewizowy klient. Pecha ma także rabuś, który zostaje wzięty za pewnego Polonusa i musi oddać swój łup na rzecz budowanej z funduszy polonijnych szkoły. Tych przypadków można by mnożyć, bo galeria pierwszo- i drugoplanowych bohaterów „Nie lubię poniedziałku”, a tym samym i wątków, jest przebogata.

Nakręcona w 1971 r. komedia podobnie jak wiele innych wykpiwa absurdy PRL-u, ale krytyka wypaczeń ustroju jest tu bardzo stonowana i wyraźnie widać, że Tadeuszowi Chmielewskiemu zależało na pokazaniu realiów ówczesnej Warszawy raczej w dobrym świetle. (Można to potraktować dosłownie, bowiem w czasie zdjęć padało, ale reżyser jakoś cudem wyczarowywał słońce.) Było to wynikiem optymizmu związanego z rozpoczynającą się dekadą Edwarda Gierka i idącym w ślad za tym otwarciem się na świat, co znalazło odbicie w postaci wątków z obcokrajowcami. No i wszystko w „Nie lubię poniedziałku” kończy się optymistycznie, aczkolwiek przytyków do tych czy innych wypaczeń ustroju nie brakuje.

Komedię ogląda się więc bez zbytniego dyskomfortu i ciągle cieszy się ona powodzeniem, aczkolwiek w przeciwieństwie do filmów Stanisława Barei nie ma w niej kultowych dialogów i powiedzonek, może z wyjątkiem sławnej „kurki wodnej”, którą jednakże dziś całkowicie wyparło inne, mniej eleganckie słowo na „k”. A ze scen najbardziej pamiętany jest widok „zmęczonego” nocną imprezą Bohdana Łazuki, który w smokingu przemierza ulice Warszawy, namierzając drogę do domu za pomocą korby wsadzonej w szynę tramwajową.

 

Źródło: http://kinoplay.pl/nie_lubie_poniedzialku,0,640.html

poniedziałek, 15 lutego 2016

Godzilla




Na trzydziestolecie serii Toho wraca do Godzilli. Film nazywany był różnie, różniście, a to „Powrót Godzilli”, a to „Godzilla 1985” (bo w USA ukazał się nieco później, głównie dlatego że tradycyjnie musieli dorobić swoje dokrętki), dodawano podtytuł „The Legend is reborn”. Dlaczego? Oryginalny tytuł brzmi po prostu „Gojira”, czyli „Godzilla” i już, po co to zmieniać i mieszać? Chyba mam odpowiedź na to pytanie.

Pierwsze, co się nasuwa, to oczywiście chęć odróżnienia pierwszego filmu od najnowszej odsłony.

Spodziewałem się, że pierwszy film serii zwanej jako „Heisei” będzie rebootem całej serii, ale nie do końca tak jest. Otóż jest to reboot, ale przekreślający wszystko, co wydarzyło się po „Godzilla kontratakuje”. Wielu twierdzi, że i ten kontratak także jest skreślony, ale mamy tu drobne przesłanki świadczące o tym, że jest inaczej. Wracając do tytułu – zapewne nikt nie chciał wprowadzać widza w błąd. Ja też dałem się wymanewrować, a gdybym miał wybierać najlepszą opcję, wybrałbym jednak „Powrót Godzilli”. Był kontratak, był rewanż, ale powrotu jeszcze nie było.

Dlaczego uważam, że „Godzilla” z 1984 roku to „trójka”? Po pierwsze – Godzilla zostaje uwolniony przez wybuch wulkanu. Jak i gdzie został uwięziony? Patrz: finał części drugiej. Ponadto w mieszkaniach widzimy w tle miniaturowy szkielet tyranozaura, który jest oczkiem puszczonym do widza. Nieco później widzimy szkielet stegozaura albo inne ustrojstwo będące inspiracją dla Angilasa, znanego nam z „dwójki”. Gdyby fabuła miała miejsce po wydarzeniach znanych z „jedynki”, z pewnością musiałoby paść nieco więcej pytań związanych z jej zakończeniem.


Fabuła kręci się tutaj bardzo ciasno wokół Godzilli, rzadko zbaczając w kierunku czegoś na kształt romansu. Nawet wątki polityczne wyraźnie i nierozerwalnie związane są z Godzillą.

Przesłanie filmu nawiązuje do pierwszej odsłony, ale umieszczone zostaje w zupełnie innym kontekście. „Król potworów” ukazał się w okresie, w którym kurz jeszcze na dobre nie opadł po wydarzeniach z drugiej wojny światowej, a strach Japończyków przed bombą atomową był wciąż aktualny i żywy. „Godzilla” z 1984 umaczany jest zaś w sosie zimnej wojny, staje się personifikacją bomby atomowej, która wybucha w obliczu tak napiętej sytuacji międzynarodowej. Prawdziwy wybuch atomowy też będziemy mogli tu zobaczyć.

Tak silne skupianie się na głównym wątku mimo wszystko nie nudzi przez godzinę i czterdzieści minut. Na początku mamy nawet nieźle budowane napięcie zepsute tylko przez dość szczegółową fotkę potwora. Gdybyśmy na samym początku zobaczyli jedynie ów sfotografowany cień, byłoby znacznie ciekawiej. Kiedy potwór się już pojawia, zajmuje większość czasu ekranowego. I większą część ekranu także. Nic dziwnego, naukowcy szacują jego długość na około 80 metrów.

Kostium i model Godzilli w porównaniu do poprzednich odsłon wygląda po prostu rewelacyjnie i zjawiskowo, co autorzy zdają się wiedzieć doskonale. Nie boją się zbliżeń, dalszych planów i pokazywania potwora pod każdym możliwym kątem. Owszem, oczy wciąż ma komiksowe, kły wampirze, niektóre ujęcia wyszły dość dziwnie, na innych widać perfidnego zeza rozbieżnego, ale ogólnego wizerunku to nie psuje. Potwór porusza wargami, rozwiera gębę, mruga, węszy, ma cały zestaw skomplikowanych ruchów. Porusza się dość ciekawie, choć nieraz widoczne jest nienaturalne gibanie się głowy na boki. Muszę przyznać, że szczegółowość modeli i kostiumów zrobiła na mnie duże wrażenie. Nie spodziewałem się, że tą techniką można osiągnąć tak dobry efekt. Wciąż podoba mi się to bardziej niż efekty generowane komputerowo.


Zainwestowano tym razem w rzeczywisty sprzęt, a na ekranie można zobaczyć sporą liczbę statystów. Wartość produkcyjna tego filmu stanęła na znacznie wyższym poziomie niż poprzednie odsłony.

Podrasowano także ryk Godzilli, którego brzmienie nadal przypomina oryginał, ale jest nieco inne, jakby bardziej basowe i bliższe rzeczywistości. Muzyka ogólnie sprawia pozytywne wrażenie, choć czuć lata osiemdziesiąte (za którymi nie przepadam). A melodia towarzysząca pojawianiu się broni „Super X” (ależ kreatywnie nazwana, prawda? Cóż, naukowcy to nie poeci) ma fragment łudząco przypominający muzykę z „Gwiezdnych wojen”. To dość ciekawe porównanie, szczególnie w kontekście bezpośrednich nawiązań do amerykańskiego SDI, znanego także właśnie jako projekt „Gwiezdne wojny”.

„Godzilla” zdecydowanie nie jest filmem kierowanym do najmłodszych, jak to miało miejsce niegdyś. Te dzieci, które fascynowały się serią w latach siedemdziesiątych są już nastolatkami albo dorosłymi, zaś fani pierwszych odsłon to już stare pryki. Wiadomo było, że to właśnie oni w pierwszej kolejności popędzą do kin i to jest film dla nich.

Już na początku widzimy kilka makabrycznych scen i jakiegoś przerośniętego potworka inspirowanego chyba serią o Obcym. Pierwotnie myślałem, że to „Syn Godzilli” (wciąż ładniejszy od Minyi), ale później dowiedziałem się, że to tylko jakaś przerośnięta pijawka (właściwie to Caligdae, cokolwiek to jest - przyp. red.), która zmutowała pod wpływem promieniowania Godzilli. Ludzie giną. Krew już nie sika, ale się pojawia. Co ciekawe, Godzilla w pewnym momencie „krwawi” żółtą cieczą z pyska. Dziwne, kiedyś zwykł sikać krwią.

Potwór nie jest już obrońcą ludzkości, ponownie jest niszczycielem i tym razem jedynym jego przeciwnikiem są ludzie. Na początku jeszcze jest to tylko dziwne zwierzę, które szuka źródeł pożywienia. A że żywi się radioaktywnością… cóż, gdzie znajdzie jej więcej niż u ludzi? Zjada atomową łódź podwodną, podjada w elektrowni i … odchodzi w pogoni za ptaszkami. Zupełnie, jak małe dziecko krzyczące „Oooo, motylek”. Do tego wydarzenia dorobiono nawet jakieś uzasadnienie i wyciągnięto wnioski, ale motyw z magnetyzmem wyglądał na naciągany. Do pewnego momentu zatem mamy wielkiego zwierzaka, a później… Godzilla postanawia zaatakować Tokio. Dlaczego? Nie dostajemy odpowiedzi, ot po prostu, dla zabawy chyba. Co ciekawe, na miejscu wszelkie zniszczenia budynków wychodzą mu zawsze przypadkowo.

Wątek ludzki jakiś tam się zawiązuje. Mamy dziennikarza, który próbuje ujawnić powrót Godzilli (a gdy mu się udaje, dwójka postaci obraża się na niego nie do końca wiadomo z jakiego powodu – ot, nawiązanie do stereotypu złego pracoholika - dziennikarza). Mamy ocalałego świadka powrotu Godzilli i jego siostrę żyjącą w nieświadomości o „ocalałości” swojego brata. Hmm, czy kogoś, kto wiele przeżył można nazwać przeżytkiem? Mamy też przywódców Japonii, USA i Rosji, wszystkich w rozterce i z kwaśnymi minami. Znalazło się nawet miejsce na mały wątek humorystyczny. Jest to dość luźne zbiorowisko okołogodzillowych wydarzeń, czasem udowadniających ludzką głupotę, innym razem mądrość i podskórne dążenie do pokoju na świecie.


Masy ludzkie są zaś głupie doszczętnie. Przy zarządzeniu ewakuacji miasta i ew. ukrywaniu się w podziemiach metra większość mimo wszystko woli wyjść i popatrzeć na walkę Super X z Godzillą. W każdej chwili potwór może ich zabić albo zabić może ich bomba atomowa, ale co tam, chodźmy zobaczyć Godzillę. A potem zdziwienie, panika i śmierć.

Zdziwiła mnie scena, w której helikopter ratuje z walącego się budynku dwie osoby, a dwie zostawia na pastwę losu i odlatuje. Możemy się domyślać, że może było za mało miejsca, może było to zbyt niebezpieczne, ale gotowego wyjaśnienia nie zobaczymy.

Głupoty nie ustrzegł się także potwór, którego zwierzęce zachowania jestem w stanie zrozumieć, ale pędzenie za odgłosami ptaków niczym ćma do światła jest już przesadą. Godzilla nie patrzy dokąd idzie, co stoi na drodze, czy grozi mu tam jakieś niebezpieczeństwo, zero instynktu samozachowawczego, po prostu „ptaaaaaszki”. Tak za ptaszkami gania, może jednak Godzilla to kobieta?

Muszę uznać reboot serii za udany, ale niestety głównie wizualnie. Wątki polityczne były nawet ciekawe. Miałem wrażenie, że cały film to ciągłe „O rany, o jeju, Godzilla nadchodzi, ooooo, nadszedł, zróbmy coś”. Ogląda się dobrze, wszystkie składniki są na miejscu, ale nie mogę powiedzieć, żebym był jakoś specjalnie zaintrygowany czy zainteresowany czymś ponad oprawę wizualną. Na koniec dostajemy tylko smutną piosenkę śpiewaną wyjątkowo po angielsku „Goodbye now Godzilla, Goodbye now, until then…”.