Pokazywanie postów oznaczonych etykietą programy tv. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą programy tv. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 stycznia 2018

Teatr Sensacji „Kobra

Teatr Sensacji „Kobra” – telewizyjny cykl sztuk sensacyjnych, początkowo również fantastycznych (pocz. Teatr Sensacji i Fantastyki „Kobra”), emitowany od 6 lutego 1956 do 1993 i ponownie od 2013.




W latach 50. i 60. jeden z najpopularniejszych polskich programów telewizyjnych.
Datę 6 lutego 1956 (poniedziałek) i tytuł „Zatrute litery” według powieści Agathy Christie w reżyserii Adama Hanuszkiewicza przyjęto jako symboliczne narodziny cyklu. Był to spektakl nadawany na żywo i nie zachowały się żadne zdjęcia archiwalne. Pierwsze zdjęcia pochodzą z 1959.



Przedstawienia były emitowane w czwartki wieczorem (z tego powodu znany też jako „Czwartkowy Teatr”), zazwyczaj bezpośrednio po Dzienniku Telewizyjnym. Animowana czołówka z wijącym się wężem była dziełem plastyka Eryka Lipińskiego, a muzyka pochodzi z samego początku Sekstetu Francisa Poulenca op. 100 na fortepian, flet, obój, klarnet, róg i fagot.




W ciągu lat formuła się nieco wzbogaciła: na początku z braku odpowiedniego sprzętu wszystko emitowano na żywo (sprzed 1959 roku nie zachowały się żadne materiały), później pojawił się telerecording i nowe możliwości montażu, zaczęto realizacje w plenerze i pod koniec istnienia cykl ewoluował w kierunku filmu telewizyjnego (np. Kłopoty to moja specjalność). Jednakże te nie mogły konkurować z filmami i serialami sensacyjnymi, zwłaszcza amerykańskimi, które zaczęły masowo napływać do Polski w latach 70. za sprawą ówczesnego szefa telewizji Macieja Szczepańskiego (seriale Kojak, Columbo, Święty), zajmując to samo czwartkowe wieczorne okienko emisyjne.
Jak podliczyła Illa Genachow, w ciągu pierwszych trzech lat emisji w 144 przedstawieniach padło 400 trupów.

W 1992 TVP zrealizowała film dokumentalny Pod znakiem węża – wspomnienie o Teatrze Kobra, z Krzysztofem Teodorem Toeplitzem jako narratorem, w którym twórcy (Józef Słotwiński, Andrzej Konic, Jerzy Gruza, Andrzej Łapicki, Zbigniew Safjan, Janusz Majewski i Piotr Szulkin) starali się m.in. odpowiedzieć na pytanie „Kto zabił Kobrę?”, tj. dlaczego „Kobra” się skończyła.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Zwyczajni niezwyczajni

Program pojawił się w TVP 1 w 1994 roku. Tytuł - "Zwyczajni niezwyczajni".


Pierwszą prowadzącą była Anna Szulc, która zrezygnowała w 1995 roku. Jej rolę przejął Piotr Bałtroczyk, który już do końca emisji programu był jego prowadzącym. Przyznam, że gdy kilka lat później zobaczyłem Bałtroczyka w roli kabareciarza, byłem tym faktem mocno zaskoczony. No bo jak gość prowadzący taki program może się wygłupiać... Teraz sam się z tego śmieję.


   Wracając do programu - w każdym odcinku prezentowano trzy historie zwykłych ludzi, którzy w trudnych sytuacjach zachwali się jak herosi. A to przedstawiono człowieka, który uratował kogoś z płonącego mieszkania, a to innego, który w ostatniej chwili wyciągnął kogoś z samochodu stojącego na torach, gdy właśnie nadjeżdżał pociąg, a to ktoś inny zapobiegł gwałtowi, a to ktoś uratował tonącego...
   Program składał się z krótkiego filmu - rekonstrukcji zdarzeń, a także rozmowy z owym bohaterem. Odbywał się z udziałem publiczności w studiu. W późniejszych latach wprowadzono małą zmianę - prezentowano dwóch bohaterów, którzy kogoś uratowali w spektakularny sposób, trzecim bohaterem była zaś osoba, która na co dzień zajmowała się np. niepełnosprawnymi dziećmi.
   Lubiłem oglądać ten program, dlatego też byłem niepocieszony, że nie był emitowany co tydzień. Pojawiał się chyba raz w miesiącu, w zależności od roku ok. 21.00 lub 22.00 w niedzielę. W ostatnich miesiącach został zaś chyba przeniesiony na wtorek, na godzinę 18.00. Został zdjęty z anteny bodaj w 2002 roku.

wtorek, 31 października 2017

Szczęśliwy rzut

Wspomniany teleturniej początkowo był emitowany przez telewizyjną dwójkę pod nazwą 6 z 49. Potem, kiedy już pojawił się w Polsacie, zmienił nazwę na Szczęśliwy rzut. W obydwu stacjach prowadził go Wojciech Pijanowski.

Fragment programu mozna tu zobaczyć: Szczęśliwy rzut 


 

   Z tego co pamiętam, w dwójce teleturniej leciał na początku lat 90 (tak około roku 1991), w Polsacie zaś pojawił się bodaj w 1995 roku. Zasady nieco różniły się od siebie. W dwójkowej wersji uczestnicy sami wybierali liczby na tablicy (nie wiem, czy przypadkiem każdy uczestnik nie miał przygotowanej swojej tablicy), zaklejał je jakimś wąskim paskiem, a następnie musiał w nie trafić. Po nazwie teleturnieju można się zorientować, że każdy uczestnik wybierał sześć liczb. Rzucano jakimiś lotkami. Pod niektórymi liczbami kryły się nagrody. Odbywało się sześć (a może nawet siedem, nie jestem w stanie napisać, czy aby przypadkiem nie była jedna runda zapasowa) rund. Po każdym rzucie prowadzący zadawał pytanie, na które należało odpowiedzieć tak lub nie. Zazwyczaj nie były to zbyt łatwe pytania, toteż uczestnicy najczęściej zgadywali na chybił trafił.
   W wersji Polsatowskiej do trafienia było pięć pól, było też pięć rund. Liczby wskazywali czytelnicy jednej z gazet (spośród nadesłanych kuponów losowano trzy). Reszta bez zmian.
   Do wygrania były różne nagrody rzeczowe. Czy jednak komuś kiedykolwiek udało się trafić we wszystkie swoje liczby? Tego niestety nie wiem, jest to jednak mało prawdopodobne - choć z drugiej strony pamiętam odcinek 6 z 49, w którym jeden z uczestników trafił w pięć swoich liczb. Może więc znalazł się również i taki, któremu udało się trafić we wszystko?
 
 

sobota, 21 października 2017

Decyzja należy do Ciebie

Pamiętacie program "Decyzja należy do Ciebie"? Niedzielne wieczory, audiotele i te sprawy? Trochę program przypominał dzisiejsze paradokumenty, z tym, że jedno z dwóch zakończeń wybierali (a przynajmniej tak nam, telewidzom, prowadzący program mówił) telewidzowie...
Program pojawiał się w niemal każdą (oprócz niedzieli zarezerwowanej na Zwyczajnych-niezwyczajnych) niedzielę około 21.00 (zaraz po serialu), potem po 21.30, w programie pierwszym na przełomie wieków. Prowadził go i był też jego "reżyserem" aktor Wojciech Starostecki. Program zadebiutował w telewizji 8 września 1996 roku i trwał ok. 30 minut. W późniejszym czasie program został przeniesiony na czwartki ok. 18.00 i trwał niemal godzinę. Ostatni odcinek wyemitowano 27 czerwca 2002 roku, program pojawiał się więc w telewizji przez niemal sześć lat.
 
 
 
Na czym polegał program? Na początku przedstawiano w nim początek historii, po której zadawano pytanie: Czy X powinien zrobić tak czy nie?, Czy Y powinna zachować się tak czy nie"? Czyli innymi słowy pytanie, na które należało odpowiedzieć Tak lub Nie. Decyzję podejmowali telewidzowie dzwoniąc na numer 0700... Każda odpowiedź miała oddzielny numer. Nigdy nie dzwoniłem, ale sądzę, że samo wykonanie połączenia zaliczało odpowiedź.
Po prezentacji materiału filmowego prowadzący na temat decyzji, jaką powinien/powinna podjąć bohater/bohaterka dyskutował z trójką zaproszonych gości (ekspertów) - zdaje się (ale nie wiem, czy pamięć mnie nie zawodzi), że wśród nich były tzw. "gwiazdy". Po dyskusji z gośćmi następował czas dla publiczności w studiu - Kto był na tak, siadał po jednej stronie, kto na nie - siadał po stronie przeciwnej. Do dziś pamiętam, jak zdarzyła się sytuacja, że za jedną z odpowiedzi był tylko jeden człowiek... :) Gdy już wszyscy się usadowili, prowadzący prosił o uzasadnienie wyboru od dwóch do czterech osób. Uzasadniali oczywiście osoby z obydwu stron barykady.
Po części z rozmowami i apelem do telewidzów o głosowanie (aktualny wynik głosowania był pokazywany podczas każdej przerwy na rozmowy i co kilkanaście sekund był aktualizowany) następowała emisja drugiej części filmiku. Pytanie pozostawało niezmienione. Po jego emisji znów dyskusja z gośćmi, czas dla publiczności, która mogła zmienić miejsce i kilka słów od ludzi na widowni. Następnie emitowano trzecią część materiału filmowego. Po nim po raz ostatni wypowiadali się goście, którzy musieli ostatecznie zdecydować się na jedną z odpowiedzi (prowadzący ogłaszał wyniki: 2:1 lub 3:0 dla...), następnie po raz ostatni ludzie z widowni mogli zmienić miejsca (zdarzało się, że niemal wszyscy z jakiejś opcji w ostatniej chwili przechodzili na drugą stronę), a potem kilka osób tłumaczyło, dlaczego w ostatniej chwili zmieniło zdanie. Jeśli ktoś został pod drugiej stronie (a bywały programy, gdy było niemal po równo), wówczas również wypowiadał się odnośnie swojej decyzji...
Po kwestiach studyjnych następował długo oczekiwany moment - ogłaszano ostateczne wyniki głosowania audiotele (liczbowo - czyli ile głosów było na Tak, a ile na Nie). Pamiętam, że zdarzało się, iż czasem w ostatniej chwili jedna z odpowiedzi mająca do drugiej sporą stratę, odrabiała ją i kończyła program jako "zwycięzca". Zresztą czasem z napięciem śledziłem zmieniające się liczby, czy aby moja odpowiedź ostatecznie wygra... Od wyniku głosowania zależało, jakie zakończenie będzie mieć opowiadana historia. Zazwyczaj ostatni fragment rozmowy zaczynał się słowami w stylu: "Zrobiłem/am tak", "Nie zrobiłem/am tak", a następnie przedstawiano, jak owa decyzja wpłynęła na dalsze (najbliższe) losy bohatera lub bohaterki. Czasem zakończenie było zaskakujące. Decyzja, która okazywała się słuszna wg większości, wpędzała bohatera/bohaterkę w kłopoty... Ale taki już był urok tego programu i prezentowanych w nim filmików.
Dodam jeszcze kwestię kolorystyki. Jedna z odpowiedzi (a więc i część studia) była oznaczona kolorem żółtym, druga czerwonym. Nie pamiętam, która odpowiedź była przypasowana do którego koloru, ale pamiętam, że prowadzący zwracał się do widowni mniej więcej tak: Kto jest na (...) przechodzi na stronę żółtą, a kto na (...) na stronę czerwoną.
I jeszcze drobna informacja - podobno Rada Etyki Mediów po jednym z odcinków z 1998 roku zganiła twórców programów. Dotyczyło to odcinka, w którym padło pytanie: "Czy bohater powinien oszukać komisję egzaminacyjną". REM uznała prezentowanie postaw typu "Jestem za oszustwem" jako naganne... Poniekąd słusznie, w końcu dla niektórych telewizja była wówczas (a i teraz jest) czym w rodzaju przewodnika, który mówi, co wolno, a czego nie.

środa, 11 października 2017

Muzzy in Gondoland

 
 
 
Lata dziewięćdziesiąte to czas, w którym puszczano różnego rodzaju programy mogące pomóc dzieciom w zapoznaniu się i przyswojeniu podstawowych zwrotów z języka angielskiego. O "Ulicy Sezamkowej", przy której nauczyłem się liczyć po angielsku, angielskiego alfabetu i paru podstawowych zwrotów i słów pisałem jakiś czas temu. Dziś o programach z cyklu "Muzzy".
 
 
 
"I'm Muzzy! Big Muzzy" - tak przedstawiał nam się tytułowy bohater w części "Muzzy in Gondoland". Oprócz niej emitowano także "Muzzy comes back". Program trwał ok. 10-15 minut (choć były też chyba odcinki krótsze), a jego bohaterowie mówili po angielsku. Nie pamiętam dokładnie, ale możliwe, że pojawiały się też polskie napisy. Po raz pierwszy w TVP 1 pojawił się chyba w 1991 roku - emitowany był rano, około 10.00. Pamiętam jednak też, że puszczali go (być może powtórki) tuż przed Teleexpresem (który jeszcze wtedy pojawiał się o 17.15). Odcinki w późniejszym czasie powtarzano, dlatego z Muzzy'm mogliśmy spotykać się aż do 1995 roku. Nie wiem niestety, ile było lekcji w każdej z dwóch serii, kojarzy mi się jednak, że program emitowano pięć razy w tygodniu - od poniedziałku do piątku.
Główny bohater miał na imię - jak nietrudno się domyślić - Muzzy. To zielony (u mnie był on szary - miałem wówczas czarno-biały telewizor) duży stwór żywiący się zegarkami. W każdym odcinku brali udział także: król (postać lwa), gruba królowa, chuda jak tyczka księżniczka Sylwia, ogrodnik Bob i naukowiec Corvax, który pełnił rolę czarnego charakteru. Żeby było ciekawiej Sylwia i Bob byli w sobie zakochani, co oczywiście nie podobało się Corvaxowi, który miał chrapkę na księżniczkę. Wśród bohaterów był też rysunkowy ludzik, który np. jeździł rowerem. Podobał mi się na przykład sposób, w jaki przedstawiono, kiedy mówi się good morning, kiedy good afternoon, a kiedy good evening.
Co pamiętam z czasów dzieciństwa o tym programie? Między innymi fakt, że Sylwia została porwana i sklonowana przez Corvaxa. Pamiętam też, że miałem problem ze zrozumieniem imienia księżniczki, które brzmiało dla mnie "Sułwia"... Jeśli chcecie przypomnieć sobie Muzzy'ego - podaję link do pierwszego odcinka. I jeszcze jedna ważna uwaga. Choć u nas w pierwszej kolejności (ale chyba nie jedynej) Muzzy był emitowany jako program pomagający w nauce angielskiego, nie była to jedyna wersja językowa. Przygotowano także Muzzy'ego w wersji hiszpańskiej, niemieckiej, francuskiej, włoskiej i esperanto. W tej ostatniej wersji - według wikipedii - można było oglądać Muzzy'ego w 5-10-15, przyznam jednak, że kompletnie nie pamiętam, bym widział choć jeden odcinek w tym sztucznym języku.

wtorek, 3 października 2017

Godzina z Hanna Barbera

 
 
 
Na początku lat dziewięćdziesiątych regularnie co tydzień pojawiał się godzinny blok z bajkami spod znaku Hanna Barbera. Czas więc przypomnieć i przybliżyć, co mogliśmy oglądać w ramach tego bloku i jakie bajki dzięki tej "Godzinie" pojawiły się w polskiej telewizji - choć nie zawsze po raz pierwszy.
Ale od początku - debiut programu nastąpił w 1992 roku. Emitowano go, ze zmianami (także nazwy, na Spotkanie z Hanną Barberą) chyba do 1999 roku. Początkowo godzinny program z bajkami pojawiał się w niedzielę o 15.30. W jego trakcie pojawiały się dwie bajki normalnej długości - czyli ok. 20-25 minutowe, a także jedna krótsza, ok. 10 minutowa. W późniejszym czasie program przeniesiony został na godzinę 11.00 lub 11.30. Potem pojawiał się w soboty, nawet ok. 8.00 lub 10.00. Wreszcie blok skrócono do około pół godziny...
 
Czołówka: 
 
 
Jakie bajki mogliśmy oglądać w trakcie wspomnianego bloku? Po kolei:
Co najmniej dwie części Scooby'ego Doo - a więc "Scooby Doo, gdzie jesteś?" i "Scooby Doo". Wikipedia donosi też, że ponoć emitowana była część "Nowy Scooby i Scrappy Doo" (jako Scooby Doo i nowe tajemnice), ja niestety nie pamiętam, bym go oglądał w tymże bloku, co nie znaczy, że tak nie było 
 
 
Flintstonowie - chyba nikomu nie trzeba przedstawiać tej bajki, znanej też pod tytułem "Między nami jaskiniowcami". Świetne pojazdy napędzane... nożnie, zmyślne urządzenia w postaci... dinozaurów i innych historycznych gadów, a także dwie zabójcze rodzinki - to wszystko można było znaleźć w tej bajce. Podobno emitowano też "Dzieciństwo Flintstonów", ale w ogóle nie kojarzę tej bajki z wspomnianego bloku.
Jetsonowie - przeciwieństwo Flintstonów. Akcja działa się w przyszłości, ludzie podróżowali jakimiś latającymi statkami... Nie ukrywam, że za tą bajką akurat nie przepadałem. Nudziła mnie, nie wiem jednak czemu. 
 
 
Kot Tip Top - kolejna bajka, za którą nie przepadałem. W późniejszych latach znana pod tytułem Kocia ferajna. Bajka opowiadała o kilku kotach (chyba bezpańskich), które starały się zarobić za wszelką cenę wielkie pieniądze. 
 
 
Pies Huckleberry - pamiętam, że oglądałem, nie pamiętam, o co w nim chodziło. Wydaje mi się, że w niektórych odcinkach pojawiał się jednak Yogi.
 
 
Miś Yogi - Kto by nie znał sympatycznego misia żyjącego w parku Jellystone i jego kolegi, małego misia o nazwie Boo Boo? Charakterystyczna cecha - łakomstwo misia, który podbierał turystom piknikowe koszyki.
 
 
Augie Doggie and Doggie Daddy - pod takim tytułem kojarzę tę bajkę, więc byłem niezwykle zdziwiony, gdy zobaczyłem tytuł na wikipedii - Augie piesek i pies Tata... 
 
 
Podobno w bloku puszczano także takie bajki jak "Tom i Jerry" oraz Pixie i Dixie. Za to nie mam pewności, czy inne bajki wypisane na wikipedii na pewno się w trakcie "Godziny..." pojawiały. Chodzi o takie bajki jak "Dink, mały dinozaur", "Droopy, detektyw pies", "Don Kojote i Sancho Panda", "Goryl Magilla", "Wally Gator", "Godzilla" i "Kapitan Jaskiniowiec"... Choć wydaje mi się, że Don Kojote, Magillę i Wally Gatora mogłem jednak oglądać, bo tytuły jakoś brzmią znajomo...

poniedziałek, 21 listopada 2016

Miliard w rozumie

Rzadko się zdarza, by teleturniej pojawiający się w polskiej telewizji, nie był pomysłem zaczerpniętym z innego kraju. A tak było w przypadku teleturnieju Miliard w rozumie, który na antenie TVP 1 pojawił się w 1993 roku. Jego prowadzącym był Janusz Weiss. 
   Teleturniej składał się z kilku rund. Przedstawię zasady obowiązujące w 1999 roku. Udział w każdym teleturnieju brały cztery osoby. Program składał się z kilku rund:
 
   Runda 1 - Pytanie dla każdego. Uczestnik nr 1 z tablicy, na której umieszczonych było 36 kategorii pytań (6 rzędów po 6 kategorii) losował jeden poziomy rząd z kategoriami. Spośród wylosowanego rzędu pytań wybierał kategorię, z której chciał usłyszeć pytanie. Następnie prowadzący naprzemiennie zadawał po dwa pytania z danej kategorii uczestnikowi nr 1 i nr 2. Następnie uczestnik nr 2 dokonywał losowania i na podobnej zasadzie odpowiadali uczestnicy nr 2 i 3. Następnie brali w rundzie udział uczestnicy nr 3 i 4, a na końcu uczestnicy nr 4 i 1. Za każdą prawidłową odpowiedź uczestnik otrzymywał punkt. Mogło się zdarzyć, że za prawidłową odpowiedź uczestnik mógł otrzymać tzw. "premię", czyli dodatkową nagrodę (zazwyczaj Encyklopedia PWN). Na tablicy znajdowały się oprócz kategorii także znaki - dwa wykrzykniki oznaczały na przykład, że zawodnik wybierał dwie kategorie - jedną dla siebie i rywala, a kolejną dla dwóch przeciwników (czyli np. gracz nr 1 wybierał nie tylko kategorię, na którą odpowiadał on i gracz nr 2, ale też kategorię, na którą później odpowiadali gracze nr 2 i nr 3). Wyboru mógł dokonać z całej tablicy, czyli wszystkich kategorii. Był też jeden wykrzyknik, iks, znaki zapytania oraz dwie strzałki tworzące kąt prosty (wektory). Wykrzyknik oznaczał możliwość wyboru dowolnej dziedziny z całej tablicy. Znak zapytania - pytanie niespodzianka (możliwe z każdej kategorii), wektory - możliwość wyboru kategorii nie tylko z linii poziomej, ale też pionowej. Iks (krzyżyk) natomiast oznaczał powtórne losowanie z wyeliminowaniem jednego szeregu kategorii.
   Runda 2 - Pytania dla wszystkich. Losowanie kategorii odbywało się na podobnych zasadach. Każdy uczestnik losował raz rząd i wybierał kategorię. Prowadzący zadawał pytanie, na które odpowiadali wszyscy uczestnicy, odpowiedź zapisując na tabliczkach. Na odpowiedź mieli 15 sekund. Następnie prowadzący sprawdzał odpowiedzi (uczestnicy pokazywali tabliczki) i mówił, kto odpowiedział prawidłowo. Za dobrą odpowiedź uczestnik otrzymywał dwa punkty.
   Runda 3 - Konkurs Janusza W. W materiale filmowym prezentowano cztery fragmenty związane z wybraną dziedziną (historia, botanika, itp.). Zadaniem uczestników było odgadnięcie, co w kolejnych fragmentach widzieli na filmie - np. nazwy ptaków, nazwiska pojawiających się ludzi, itp. Zazwyczaj za poprawne wszystkie odpowiedzi uczestnik zdobywał dwa punkty, za trzy jeden punkt, za mniej niż trzy - nie zdobywał punktów.
   Runda 4 - Skojarzenia. Prezentowane były różnego rodzaju zdjęcia związane z odpowiedzią na pytanie. Na zasadzie skojarzeń trzeba było dać prawidłową odpowiedź na pytanie zadane przed wyświetlaniem obrazów - np. co to za miejsce, jak się nazywa twórca, itp. Za prawidłową odpowiedź uczestnicy otrzymywali dwa punkty.
   Runda 5 - Encyklopedia. Jeden z uczestników, do którego podchodził z encyklopedią prowadzący, otwierał ją na przypadkowej stronie. Następnie prowadzący wybierał z encyklopedii, z otwartych dwóch stron hasło, które ogłaszał uczestnikom. Następnie czytał trzy warianty wyjaśnienia danego hasła (np. czy ekshibicjonizm to...). Zadaniem uczestnika było wybrać odpowiednie wyjaśnienie hasła. Dobra odpowiedź - dwa punkty.
   Runda 6 - Kto pierwszy. Prowadzący czytał osiem pytań, odpowiedzi udzielał ten, kto pierwszy zgłosił się do pytania. Można było zgłaszać się przed usłyszeniem pytania. Za dobrą odpowiedź uczestnik otrzymywał punkt, za złą punkt tracił.
   Dwóch uczestników przechodziło do kolejnego odcinka - rundy. Łącznie w pierwszej części sezonu brało udział 16 uczestników, którzy w kolejnych odcinkach rywalizowali między sobą aż do wyłonienia jednego zwycięzcy, który wygrywał tytułowy Miliard, a po denominacji - 100 tysięcy złotych.
   W pierwotnej wersji teleturnieju w każdym odcinku uczestniczyło dwóch zawodników, jeden przechodził do kolejnego programu. Pierwsza runda przypominała tę z późniejszej wersji - z tym, że każdy uczestnik wybierał po dwie kategorie, a prowadzący zadawał z każdej kategorii po jednym pytaniu. Za dobrą odpowiedź - jeden punkt.
   W kolejnej rundzie prowadzący zadawał pytania z listy 70 pytań. Uczestnik wybierał numer pytania, na które odpowiadał. Dobra odpowiedź - jeden punkt. Każdy uczestnik odpowiadał na cztery pytania.
   Kolejna runda to zadanie, do którego trzeba było użyć głowy. Na przykład z fizyki lub chemii. Nie chodziło liczenie, ale na przykład zrobienie chemicznego doświadczenia i opisanie go. Za prawidłowe wykonanie zadania - dwa punkty.
   Czwarta runda - losowanie jak w pierwszej, a dalszy ciąg przypominał rundę zwaną "Konkurs Janusza W.". Prawidłowa odpowiedź - dwa punkty.
   Runda piąta - przypominała trzecią, czyli do wykonania jakieś zadanie (np. wygranie czegoś na cymbałkach). Jury decydowało, ile punktów otrzymują uczestnicy.
   Szósta runda - Dwa zadania z zapisywaniem odpowiedzi na tablicy: np. zadanie z podręcznika z podstawówki (np. matematyczne). Dwa punkty za prawidłową odpowiedź.
   Siódma runda - życiorys. Prowadzący czytał życiorys kogoś znanego w trzech fragmentach. Za poprawną odpowiedź w trakcie pierwszego fragmenru można było zgarnąć 3 punkty, drugiego dwa, a trzeciego jeden. Uczestnicy mieli prawo udzielić raz błędnej odpowiedzi. Odpowiedzi uczestnicy udzielali na tablicy. Gdy uczestnik udzielił odpowiedzi, zatrzymywał czytanie słowem Stop, prowadzący sprawdzał i mówił, czy poprawna odpowiedź.
   Ostatnia runda to encyklopedia, ale na innych zasadach niż w późniejszych latach. To znaczy hasło i trzy możliwe definicje wybierali sami zawodnicy, nawzajem próbując siebie wprowadzić w błąd. Jeśli rywal wskazał błędną odpowiedź, zadający zdobywał dwa punkty.
   W przypadku remisu następowała dogrywka na zasadach rundy drugiej. To znaczy prowadzący zadawał pytania naprzemiennie obydwu uczestnikom dopóki na tablicy wyników przestał widnieć remis.
   W 2002 roku rundy były następujące:
1) Poznajmy się - szesnaście kategorii, z których uczestnicy wybierali po jednej i odpowiadali z niej na pytanie. W sumie każdy odpowiadał na dwa pytania. Następnie uczestnicy wybierali kategorie dla przeciwnika (także dwie). Jeśli ktoś odpowiedział źle - tracił 250 zł (uczestnicy zaczynali program z kwotą 2,5 tys.), pieniądze trafiały do tzw. rozumu, a pytanie trafiało do przeciwnika, który również tracił pieniądze, jeśli nie odpowiedział prawidłowo. Jeśli dwaj uczestnicy odpowiedzieli źle - pytanie prowadzący zadawał telewidzom. Za prawidłową odpowiedź ktoś mógł wygrać drobną sumę pieniędzy (250 zł.?)
2) Skojarzenia - na zasadzie z poprzednich lat, z tym, że każdy z uczestników odpowiadał na inny ciąg skojarzeń. Błędna odpowiedź - strata 250 zł.
3) Najszybsze pytania - prowadzący czytał 10 pytań, na które uczestnicy mieli odpowiedzieć tak lub nie (bez zastanowienia). Odpowiadali naprzemiennie. Za każdą błędną odpowiedź - 250 zł kary.
4) Konkursy Janusza W. Zasady jak w 3 rundzie w latach 1995-2000, z tym, że każdy miał swój konkurs (prowadzący przygotowywał w sumie trzy konkursy z różnych kategorii, by uczestnicy mieli wybór).
5) Wielka zmyła - hasła z encyklopedii. Prowadzący czytał hasło i jego definicję, w którą wpleciona była zmyłka - błąd. Zadaniem uczestnika było wychwycić ów błąd.
6) Kto pierwszy? Zasady jak we wcześniejszych latach. Łącznie sześć pytań. Jednego nie jestem pewien - wydaje mi się w przypadku dobrej odpowiedzi uczestnik zabierał pieniądze (250 zł) z puli przeciwnika. Zła odpowiedź strata pieniędzy (na rzecz rozumu). Mogę się jednak mylić...
   Oczywiście widziałem też programy z innymi rundami, kategoriami pytań i zasadami, ale opisałem te, które wydawały mi się najbardziej pamiętne. Początkowo program pojawiał się w czwartki ok. 17.20 (po Teleexpresie), potem w soboty około południa (np. 13). Teleturniej zniknął z anteny TVP w 2005 roku.
   I jeszcze ciekawostka - w połowie lat 90 w ferie pojawił się program Ferie z miliardem, na zasadach teleturnieju Miliard w rozumie. Był to teleturniej dla nastolatków (uczniów), a prowadzącym był Janusz Weiss. Przyznam, że byłem zachwycony, że powstała ta wersja programu, szkoda jedynie, że tylko w jedne ferie.

Gol - magazyn piłkarski

Poniedziałek, program TVP 2, najczęściej między 16 a 16.30 (chociaż pory zdarzały się różne). Właśnie wtedy zaczynał się krótki, niespełna półgodzinny magazyn piłkarski o nazwie Gol. W jego trakcie pokazywane był skróty z meczów ekstraklasy z poszczególnych kolejek. Do historii przeszły komunikaty, w których informowano, że z przyczyn technicznych lub... (tu wpisać cokolwiek) bramek z tego czy owego meczu nie pokażemy.
   Prowadzącym program był Jacek Laskowski, zastępował go czasami Jacek Jońca. Skróty były ubogie, niewiele można było zobaczyć, co było skutkiem tego, że coraz więcej praw do pokazywania meczów nabywały telewizje płatne. Program po raz pierwszy pojawił się w 1995 roku, po raz ostatni zaś w 2002 roku. Szczególnie na początku był to właściwie jedyny program, gdzie kibice mogli zobaczyć bramki z polskiej ligi. Teraz wszystko można znaleźć w internecie...
   Każdy, kto oglądał ów magazyn zapewne kojarzy jego czołówkę złożoną z fragmentów kilku meczów. 
 
 
 Gdy byłem młodszy, zastanawiałem się, z jakich meczów pochodzą owe skróty. Oto rozwiązanie:
1) "To dośrodkowanie tam na pole karne wprost na głowy Brazylijczyków...", dalszy ciąg niestety nawet nie próbuję zrozumieć. Ten fragment pochodzi z meczu Polska - Brazylia 0:4 (1/8 finału MŚ, 16 czerwca 1986). 
 
2) "Boniek do Buncola, cudowna akcja". Gol na 4:0 w meczu Polska - Peru 5:1 (faza grupowa MŚ 1982, 22 czerwca 1982). 
 
3)  "Nie ma spalonego, znakomita sytuacja". Gol Ryszarda Stańka na 2:2 w meczu Polska - Hiszpania 2:3 (finał IO w Barcelonie, 8 sierpnia 1992).

4) "Szansa! Go... aj Jezus Maria!" Zmarnowana znakomita sytuacja Marka Leśniaka w meczu Polska - Anglia 1:1 przy stanie 1:0 (eliminacje MŚ 1994, 29 maja 1993). 
 
5) "Wykorzystał ten moment zagapienia i 2:0". No i tu jest problem... Pokazany jest skrót z meczu Polska - Katar 2:0, gol Marcina Jałochy na 2:0 (IO w Barcelonie 1992, 1 sierpnia 1992), ale... ten mecz komentował Dariusz Szpakowski, tymczasem słychać głos Jacka Laskowskiego. Podobno komentarz pochodzi z meczu Brazylia - Holandia z MŚ 1994.

6) "Proszę państwa trzecia bramka wisi w powietrzu" Polska - Belgia 3:0, ostatnia bramka Bońka (MŚ 1982, druga faza grupowa, 28 czerwca 1982).

7) "Idzie środkiem Kowalczyk, ale tam dośrodkowanie do Cyzio... Jest Kowalczyk!". Trafienie Wojciecha Kowalczyka na 2:0 w meczu Sampdoria - Legia 2:2 (1/4 finału PZP, 24 marca 1991 roku).

8) "Teraz, teraz, teraz, teraz....Gooool". Ponownie Polska - Anglia 1:1, gol na 1:0 Dariusza Adamczuka (eliminacje MŚ 1994, 29 maja 1993). Z tym, że z owego meczu pochodzi tylko wspólny okrzyk Szpakowskiego i bodaj Lubańskiego "Gol", a także skrót. Poczwórne "teraz" pochodzi zaś z meczu Polska - Portugalia 1:0 (MŚ 1986, faza grupowa, 7 czerwca 1986).

Śmiechu warte

Śmiechu warte, a więc program rozrywkowy prowadzony długi czas przez Tadeusza Drozdę, to program, który bardzo długo pojawiał się w telewizji. Po raz pierwszy został wyemitowany w maju 1994 roku, po raz ostatni zaś pojawił się w roku 2009. Emitowany był przez TVP 1 w niedzielę po Teleexpresie.
   W późniejszych latach nastąpiła zmiana prowadzącego. Wg wikipedii innymi prowadzącymi byli m.in. : Krzysztof Piasecki, kabaret Jurki czy Joanna Bartel. Pamiętam za to, że zawsze, gdy prowadzącym jeszcze był Drozda, towarzyszyła mu jakaś dziewczyna (chyba najdłużej Katarzyna Suchorzewska, choć chyba na początku miała inne nazwisko).
   O czym był program? W założeniu miał bawić widza. Pojawiało się w nim mnóstwo materiałów video z różnego rodzaju zabawnymi scenkami. Nie dało się jednak nie zauważyć, że zdecydowana większość była "planowana". Poszczególne materiały (albo kilka materiałów) były przedzielone "gadaniem" Drozdy, który swoimi tekstami starał się przygotowywać widza do tego, co zobaczą oraz pewnie także bawić.
   Na zakończenie programu odbywała się walka o nagrody. Spośród pięciu wybranych filmów (nadesłanych przez widzów) jury wybierało ten, który ich zdaniem był najzabawniejszy. Kto tworzył jury? Osoby wybrane z publiczności w studiu. Wyboru, a raczej losowania dokonywał Drozda, który rzucał piłeczki w kierunku publiczności, a ten kto złapał, stawał się częścią jury (łącznie pięć osób). Następnie prezentowano pięć filmów. Po ich emisji Drozda zadawał pytanie w stylu, czy wybieracie film nr 1? I tak po kolei. Wybrane jury miało coś w stylu policyjnego lizaka i jeśli ktoś decydował się na wymieniony film, podnosił go do góry. Wygrywał film z największą liczbą głosów. W przypadku dogrywki głosowano jedynie na filmy, które miały po dwa głosy. Chyba nie zdarzyło się, by każdy film miał tyle samo głosów... 
   Nagrody? Za przyjęcie filmu do emisji - 100 zł. Zwycięzca dostawał chyba tysiaka, a na pewno jakieś nagrody. Za zajęcie drugiego miejsca również przewidziana była nagroda. Znacznie więcej można było wygrać w Nagrodzie miesiąca - nie wiem czy zawsze, ale w którejś edycji do wygrania był samochód. Mam skojarzenie, że do konkursu o nagrodę miesiąca kwalifikowały się filmy, które były nagradzane w poszczególnych odcinkach, nie pamiętam jednak dokładnie. Była też nagroda roku (zapewne walczyli o nią zwycięzcy poszczególnych miesięcy). Spora kwota - ok. 100 tysięcy do wygrania.
   Na początku nawet lubiłem oglądać ów program, później jednak, kiedy byłem nieco starszy, filmiki nie wydawały mi się wcale tak mocno zabawne, może z drobnymi wyjątkami. Pewnie stałem się bardziej wymagającym odbiorcą. 
   Jak to zwykle bywa Śmiechu warte nie jest programem wymyślonym w Polsce. Powstał na licencji amerykańskiego programu America's Funniest home video, wciąż emitowanego w USA. Powstało też wiele wersji w innym kraju. We Francji program na przykład nazywał się "Video Gag", w Kanadzie "Drole de video", w Wielkiej Brytanii "You've been framed", a w Szwecji "Lat kameran ga".
 

ZULU GULA

W kraju Zulu Gula życie to poemat, szkoda, że takiego kraju nie ma.... Tak kiedyś kończył się program satyryczny/rozrywkowy, zatytułowany Zulu-Gula.

 
   Jeden z pamiętnych tekstów z tego programu brzmiał: "Murarz, to jest bardzo delikatna cłowiek. Jemu się zawse myli zaprawa z zakąską, więc woli od razu się zaprawic i zakąsic."... Za to najczęściej padało sformułowanie: "Proszę państwa, Polska, to jest bardzo ciekawa kraj..."
   Satyryczny program trwał średnio 10-15 minut. Emitowany był w TVP 1 w latach 1992-1995,. najpierw w czwartki, a następnie w piątki przed wieczorynką. Program satyryczny wyśmiewał polską rzeczywistość, przywary i cechy Polaków. Rolę Zulu-Guli grał Tadeusz Ross, ubrany w żółty beret i czerwoną marynarkę. Odgrywał rolę przybysza z innej planety...
   Program cieszył się sporą popularnością, dziwi więc, że wytrwał na antenie ledwie trzy lata. Nie przypominam sobie, by puszczano gdzieś powtórki. Za to pamiętam, że w 1995 roku w tygodniku telewizyjnym "Tele-świat" przez kilka miesięcy zamieszczane były teksty autorstwa "Zulu-Guli". Często były dosyć zabawne.
   Dziś wielu młodych nie wie, kto to był Zulu-Gula. Dlatego dla przypomnienia - ciekawe fragmenty tego programu :

czwartek, 10 listopada 2016

KOC - Komiczny Odcinek Cykliczny





   Pamiętacie program satyryczny emitowany przez TVP 2 w sobotnie wieczory (ok. 21.30) w latach 1995-2000? KOC, czyli Komiczny Odcinek Cykliczny to program, w którym prezentowano różnego rodzaju żartobliwe scenki, piosenki, itp. Autorami byli Sławomir Szczęśniak i Paweł Wasowski, a równie często na ekranie pojawiała się Lucyna Malec.
   Nie każdy zapewne przepadał za typem humoru (często abstrakcyjny) prezentowanego w owym programie. Ja przepadałem za tym programem. Szczególnie do gustu przypadły mi dwa punkty często pojawiające się w owym programie. Pierwszy z nich to PKP (Poczet Królów Polskich), w których rapując T-raperzy znad Wisły (a więc autorzy programu) przybliżali widzom postaci polskich królów. Można było m.in. usłyszeć, że: "Jan Kazimierz, postać bycza, lecz na kartach Sienkiewicza", "Mieszko, Mieszko, mój koleżko", "Ty Łokietku, ty malutki, byłeś wielki, chociaż krótki"...
 
   Drugim punktem, który lubiłem, był PKS, czyli Przegląd Książek Szkolnych. W podobny sposób jak królów prezentowano w tym cyklu lektury szkolne. Jedną z nich była "Zemsta", a refren brzmiał mniej więcej tak: "Zemsta Fredry, Fredry Zemsta, to dla ludzi strawa gęsta...".
   W programie można też było usłyszeć szereg innych piosenek, niektóre w stylu disco. Najbardziej w pamięci utkwił mi przebój "Ero-disco". 
 
Fragment piosenki brzmi: "Kiedy z tobą tańczę to myślę o ślubie - przestań ściemniać mała, bo tego nie lubię..."

Ulica Sezamkowa

   Pamiętacie puszczaną na początku lat 90 amerykańską wersję Ulicy Sezamkowej? Program pojawił się w telewizyjnej dwójce i trwał godzinę. Nie emitowano wszystkich odcinków tego programu, nie emitowano nawet odcinków od początku (co akurat można zrozumieć, bo początkowe odcinki mogły już dawno się zdezaktualizować). Z tego co pamiętam na dwójce emitowane były odcinki między 2400, a 2700. Nie po kolei, wyrywkowo. Zdarzało się, że po emisji dajmy na to odcinka nr 2540, tydzień później puszczano odcinek nr 2470.
   Ulica Sezamkowa to program edukacyjny dla dzieci. W Polsce wersja amerykańska była puszczana z lektorem. Pojawiał się w soboty, jakoś w okolicy 11 lub 12, ale dokładnej godziny niestety nie pamiętam. Występowały w nich muppety. Bohaterami byli m.in. Kermit Żaba, Ernie, Bert, Ciasteczkowy Potwór, Elmo, Telly, Oscar, Grover, Wielki Ptak czy też Nochal (Snuffy). Te akurat imiona bardziej do mniej przemawiają, niż przerobione na polskie (Tolek, Hubert, Emil, itp.). Program był ciekawy, oprócz muppetów występowali w nim ludzie, były prezentowane różne ciekawostki ze świata, uczono liter i cyfr. Dla mnie był to pierwszy kontakt z językiem angielskim.
   Program po kilku latach zniknął z anteny, a w zamian zaprezentowano polską wersję Ulicy Sezamkowej. Pojawiła się bodaj w 1997 roku, a głównymi bohaterami byli Owieczka Beata i Smok Bazyli. Pojawiały się również fragmenty programu amerykańskiego, ale odpowiednio przygotowane i zdubbingowane. Szczerze mówiąc polska wersja nie przypadła mi do gustu. Nie tylko dlatego, że trwała zaledwie pół godziny. Nie dziwię się, że nie przetrwała zbyt długo.
   Ulica Sezamkowa powstała w 1969 roku w USA pod nazwą Sesame Street. Do tej pory nakręcono ponad 4300 odcinków. Program trafił do większości krajów na świecie. W części z nich powstały krajowe wersje - jak np. w Wielkiej Brytanii, Rosji czy Chinach. W Polsce, po zakończeniu emisji Ulicy Sezamkowej prezentowany były na kanale Minimini inne programy, w których występowali bohaterowie z Sezamkowej, jak np. Bawmy się Sezamku.
   W ramach ciekawostki przedstawiam natomiast nazwy programu Ulica Sezamlowa w kilku innych językach:
Włochy: Sesamo apriti
Turcja: Susam Sokagi
Szwecja: Sesam
A pod tym linkiem znajdziecie fragment programu w języku angielskim.

Idź na całość

Dziś napiszę o programie, którego popularność - z perspektywy czasu - niezwykle mnie dziwi...
Show emitowane było w latach 1997-2001 na Polsacie, a nosiło tytuł "Idź na całość".

Rekordowa oglądalność odcinka wyniosła podobno ponad 10 milionów widzów, a przecież w tym show nie działo się niemal nic. Na czym polegał program? Prowadzący, którym przez trzy lata był Zygmunt Chajzer, wybierał kilka ludzi z publiczności, którzy mieli szansę wygrać nagrodę. Najczęściej tych kilka osób musiało między sobą wyłonić tę, która do rywalizacji przystąpi (pozostałe wracały na widownię). W jaki sposób? Różnie, na przykład poprzez wybieranie kopert  z pieniędzmi lub ciągnięcie karty. Oczywiście wygrywała największa.
Dalej było już prosto. Uczestnik najczęściej wybierał jedną z zasłoniętych kurtyną bramek, za którą według niego kryje się wartościowa nagroda. Dwie pozostałe kryły zonka i małą nagrodę, albo dwa zonki. Czym był zonk, o tym później.
Gracze brali też udział w innych grach - na przykład odsłonięcie kilku pół z tablicy tak, by nie trafić na zonka, rzucanie do tarczy, itp. W finale osoba, która wygrała największą nagrodę mogła ją wymienić na nagrodę ukrytą za jedną z trzech bramek (często pojawiał się samochód). Nie musiał jednak tego robić, mógł zatrzymać dotychczasową nagrodę. Wówczas do rywalizacji przystępowała osoba z drugą co do wartości nagrodą, itd.
Kiedy ludzie nic nie wygrywali? Ano gdy kiedykolwiek trafili za bramką czy na polu na tablicy na zonka. Wspomniany Zonk to maskotka przedstawiająca kota w worku. Wylosowanie zonka kończyło grę danej osoby.

A teraz czas na Krzysztofa Tyńca. Pamiętacie mój wpis dotyczący Koła fortuny i krytyki prowadzącego Tyńca? No więc ów prowadzący wcześniej "zepsuł" program Idź na całość. Został prowadzącym tego programu w 2000 roku, oczywiście często swoim gadaniem irytował, nie pasował do programu, nie dziwi więc fakt, że spadła jego oglądalność, a w efekcie w 2001 roku został on zdjęty z anteny.
Program doczekał się wielu wersji. Wymyślony został w Stanach Zjednoczonych w 1963 roku i oprócz wersji brytyjskiej, francuskiej, niemieckiej czy włoskiej doczekał się także swojego odpowiednika w tak egzotycznych krajach jak Wietnam (2009-2012), Izrael (1994-1996); Indonezja (2006-2007 i 2010-2011) czy Indie (2001-2004). Oryginalny tytuł brzmiał "Let's make a deal".
Kto wie, czy to nie sukces tego programu spowodował, że masowo zaczęły pojawiać się tzw. płytkie programy rozrywkowe, jak np. "Taniec z gwiazdami"...

niedziela, 23 października 2016

Koło fortuny

Pamiętacie ten teleturniej? Nie chodzi jednak o "Koło fortuny" nadawane kilka lat temu na uproszczonych zasadach, ale o pierwszą edycję teleturnieju, która pojawiła się w Polsce w 1992 roku. Prowadzącym był wówczas Wojciech Pijanowski, a jego asystentką słynna Magda Masny. Na temat teleturnieju i duetu prowadzących powstało sporo dowcipów, a jednym z nich jest.


Uczestnik "Koła fortuny" podaje kolejną literę:
- D jak d..a.
Prowadzący:
- Magda, odsłoń...
 Program był początkowo nadawany o 21.40. Oglądalność ogromna, bo i ciekawszy był to teleturniej niż ten, który gościł niedawno na antenie dwójki. Tak jakby szefowie tej stacji uznali, że z upływem lat społeczeństwo "zgłupiało", albo oczekuje rozrywki na nieco niższym poziomie.
Różnice? Najważniejsza, to hasła. Te, sprzed kilku lat, odgadywałem czasami bez żadnej litery (choćby: W pustyni i puszczy). Można bowiem było się spodziewać, że będzie to hasło powszechnie znane, łatwe i nie sprawiające uczestnikom i widzom zbyt wielu kłopotów. Te sprzed 20 lat sprawiały natomiast, że człowiek musiał sobie nałamać głowę, by je odgadnąć. Między innymi dlatego tak wielu ludzi śledziło ten teleturniej (drugi powód - nie było tyle stacji telewizyjnych, co teraz...).  Przykład - hasło z kategorii przysłowie: "Kto koło mąki chodzi, powalać się musi"; "Od starych kruków młode uczą się krakać", Cytat: "Wszakże i cyprysy mają swoje kaprysy". itp.
Dostępne kategorie haseł: Powiedzenie, przysłowie, rzecz, osoba, cytat, tytuł, postać, miejsce, miasto...

Za pierwotną wersją teleturnieju przemawia też prowadzący. Można było nie lubić Pijanowskiego, w porównaniu z Krzysztofem Tyńcem był jednak o niebo lepszy. W wersji sprzed kilku lat można było odnieść wrażenie, że to nie jest teleturniej, ale show Tyńca, który mówił dużo za dużo, w dodatku jego gadanie niewiele, albo zgoła nic nie wnosiło do programu.
Krótko o zasadach - w każdej wersji istniały trzy rundy eliminacyjne. Po nich następowała runda czwarta, która decydowała o tym, kto zagra o główną nagrodę. Nieco inaczej było w najnowszej wersji programu, gdzie po upływie określonego czasu uruchamiana była tzw. runda przyspieszona (bez kręcenia kołem podawano literę i próbowano odgadnąć hasło). A potem finał: 3 spółgłoski i jedna samogłoska z wybranej koperty, a także 3 spółgłoski i samogłoska wybrane przez uczestnika. A potem próba odgadnięcia hasła. Do wygrania - samochód (najczęściej, bo później następowały zmiany, można było wygrać np. komplet garnków...)
Ciekawostka - Jeśli ktoś obejrzałby teraz jeden z pierwszych odcinków teleturnieju, byłby niezwykle zaskoczony kwotami, jakie widnieją na kole. Można na przykład znaleźć kwotę "4,5 miliona"! Wszystko dlatego, że obowiązywały wówczas stare pieniądze, w Polsce szalała hiperinflacja, a denominacja nastąpiła dopiero ponad dwa lata po starcie programu....
Bankrut czy słynne "Magda, pocałuj pana" - to wszystko kojarzy się z teleturniejem "Koło fortuny". Zmieniano godzinę i dni emisji, modyfikowano zasady, zmieniał się prowadzący (oprócz Pijanowskiego i Tyńca pamiętam jeszcze Pawła Wawrzeckiego i Stanisława Mikulskiego), aż wreszcie program zniknął. Kilka lat później powrócił, ale jakby inny, nie dla ludzi inteligentnych... Szkoda.

piątek, 29 stycznia 2016

Pora na Telesfora

Dość ciekawy opis tego programu zawdzięczam wspomnieniom Witolda Domogally, który bardzo lubił ten program i - o dziwo - sporo zapamiętał ... i teraz oczywiście podzielił się z Wami.
Program "Pora na Telesfora" nadawany był w piątki w latach 70-tych XX wieku. Piątek w piątek, począwszy od ... szczerze nie pamiętam kiedy, a skończywszy na 1978 roku około godziny 16:50 witał nas smok Telesfor.
Smok Telesfor i Mateusz Damięcki
Program ten należał do najpopularniejszych, obok Zwierzyńca i Teleranka, audycji telewizyjnych, oglądanych przez nawet nieco starszych uczniów szkoły podstawowej. W czołówce smok Telesfor przyjeżdżał do nas swoim autem, z którego rury wydechowej co chwila wydobywały wystrzały się kłęby dymu. Pojawiała się tez piosenka "Zapraszamy do smoczej jamy". Na koniec programu pojawiał się zaś napis "Do zobaczenia", który Telesfor z apetytem zjadał.

Smok Telesfor Smok Teodor

Przez bardzo długi czas (chyba od początku jego emisji) program prowadził Maciej Damięcki. W pewnym momencie do smoka Telesfora dołączył jego siostrzeniec - Teodor, przysłany w paczce pocztowej przez tajemniczą smoczycę, Ciotkę Teodozję. Smoki często opowiadały o Ciotce Teodozji, ale nigdy nie pokazano jak ona właściwie wygląda. Nawet w szkole przyjęło się zawołanie Telesfora "O Ciotko Teodozjo!", którego smok używał bardzo często. Teodor został przysłany do Telesfora aby "pobierał nauki". Ciotka Teodozja bardzo często też przysyłała listy Telesforowi, a czasami nawet dzwoniła do studio, ale niestety nie było słychać jej głosu.

Maciej Damięcki Smok Telesfor i Zygmunt Kęstowicz

Bardzo zaszkodziła programowi zmiana prowadzącego na Zygmunta Kęstowicza. W przeciwieństwie do Damięckiego, Kęstowicz zachowywał pewien wyczuwalny dystans do Telesfora i wprowadził dość nachalny dydaktyzm. Nie pasowało to do charakteru głównego bohatera, który w duecie z Maciejem urządzał niezłe draki i nazywany był często Teleniesforem. W mojej szkole fani smoka nigdy już nie oglądali programu, który zastąpił Porę na Telesfora, czyli Piątku z Pankracym. Mówiono złośliwie, że Pankracy "wygryzł Telesfora z telewizji". W roku 1980 podczas Festiwalu Piosenki Polskiej, kukiełki Telesfora i Teodora zdobiły witrynę jednego ze sklepów w Opolu. Może przetrwały do dziś w prywatnych zbiorach? Bardzo by mnie taka wiadomość ucieszyła...

- posłuchaj piosenki "Cztery słonie"


Aby dodać sobie "ognia" w jednym z programów Telesfor zjadał świeczkę. Męczył się przy tym straszliwie i gdy na koniec już ją do końca pożarł, Maciek Damięcki na dwa "chapsy" zjadł przygotowaną przez siebie świecę. Telesfor z wrażenia zemdlał. Po krótkim czasie, okazało się, że świeczka Macieja wykonana była z jabłka i oczywiście Damięcki namawiał dzieci, aby zjadały jedynie takie zdrowe "jabłkowe świece". Nazajutrz w szkole wielu fanów Telesfora na drugie śniadanie przyniosło po raz pierwszy podobnie spreparowane jabłka w formie świeczek.
Pora na Telesfora - płyta winylowa
Do zabawnej sytuacji doszło wiele, wiele lat po zakończeniu emisji programu, kiedy poznałem Profesora Zina. Podczas jednej z rozmów w jego pracowni opowiadaliśmy sobie o audycjach telewizyjnych. Wspomniałem wtedy, że jako dziecko chętnie oglądałem w telewizji dwa programy, "Pora na Telesfora" i "Piórkiem i Węglem". Profesor zaśmiał się jowialnie i stwierdził, że jego program telewizyjny na początku nazywał się "Klub pod Smokiem" potem "Piórkiem i Węglem" a teraz nazywa się "Spotkania z Profesorem Zinem". "Wiesz Witold" - dodał po chwili - "zapraszam cię do mojego programu, oprowadzisz widzów po smoczym królestwie, czyli jaskiniach". W ten sposób nakręciliśmy wspólnie w maju 2006 roku jeden z ostatnich odcinków serii "Spotkań z Profesorem Zinem" pt. "Podziemny Ojców". Jako dziecko oglądając "Piórkiem i Węglem" nigdy nawet nie marzyłem, aby wystąpić u boku mojego późniejszego promotora i mistrza. Do dziś przekonany jestem, ze możliwe to było częściowo dzięki "duchowi" Telesfora.

Pora na Telesfora - znaczek pocztowy Pora na Telesfora - czekolada

Ciekawostką wygrzebaną z prasy (Tygodnik Powszechny z 29 stycznia 2012 roku) jest to że podczas nagrywanego na żywo programu "Pora na Telesfora" Hubert Antoszewski, animujący lalkę, przenoszącą w pysku listy od dzieci, zażartował : "zmęczyłem się tymi obchodami". "Nie bój się, nie ty pierwszy i nie ostatni" - odparł partnerujący mu Maciej Damięcki. Rzecz rozegrała się tuż przed 1 maja i chyba tylko nieuwadze decydentów obaj panowie zawdzięczają, że nie trafili na dywanik. :)


Źródło: http://www.nostalgia.pl

czwartek, 26 listopada 2015

Po prostu muzyka


Materiał powstał w oparciu o wywiad z Panem Tadeuszem Kwinta, autorem programu "Po prostu muzyka" i jego głównym wykonawcą. Przepraszam, za jakość zdjęć ale materiały dostarczone przez Pana Tadeusza nie były najlepszej jakości.
Po prostu muzyka Po prostu muzyka
Jak powstał program ?
Gdy w latach 70-tych przeniosłem się do Warszawy i grałem w Kabareciku Olgi Lipińskiej, odszukała mnie redaktorka "działu szkolnego" proponując mi podjęcie się prowadzenia lekcji z muzyki. Dowiedziałem się, że podobny program powstał oparty na podręczniku Pani Lipskiej, ale program ten odpadł przy kolaudacji. Początkowo odmówiłem ponieważ nie wyobrażałem siebie przy jakiejś czarnej tablicy z patyczkiem w dłoni i wykładającego temat. To nie było dla mnie. Ponieważ mnie uparcie namawiano, poprosiłem wtedy o chwilę czasu do namysłu i napisałem manifest [śmiech] na jakich warunkach się zgodzę. Stwierdziłem, że to nie może być w formie lekcji, że to musi być rodzaj widowiska czy teatru, to musi być przekorne, przyswajanie wiedzy nie może iść wprost ale musi być to zakamuflowane. To musiałoby być coś co by przyciągnęło młodych słuchaczy. No i najważniejszy warunek to jest to że program miał być nagrywany w Krakowie z tej racji, że z moją ekipą którą dotychczas pracowałem bardzo się zżyłem i mamy już wspólne doświadczenia w robieniu programów.
O dziwo, moje warunki oraz cały projekt został przyjęty. I tak to się właściwie zaczęło. Dowcip polegał na tym, że ja dostawałem na małej karteczce w paru punktach temat lekcji, na jakie problemy zwrócić uwagę i do tego tematu musiałem napisać scenariusz. Nie było wtedy internetu oraz takiej bogatej wiedzy jak jest teraz, musiałem niestety wertować książki z muzykologii, podręczniki. Chciałem wytłumaczyć problem w taki sposób jakbym chciał by mi go tłumaczono, żebym to najłatwiej zrozumiał. Stąd narodził się cały szereg pomysłów, które potem w sensie pozytywnym później mi wypominało i przypominano jak np. postać biegająca po klockach, duży klocek - cała nuta, pół klocka, ćwierć klocka i cały szereg innych pomysłów by pokazać obrazowo niektóre problemy. Starałem się wyszukiwać takie sposoby tłumaczenia, które by przemówiły do mnie do mnie jak do dziecka.
Po prostu muzyka
Ile było postaci na planie ?
Tylko jedna. W ramach cyklu, który nazywał się "Mała muzyka" był program "Muzyka dla klasy pierwszej"i tam była jedna plansza, za każdym razem inna ale mieszcząca się w temacie np. ładnie śpiewamy, cicho-głośno, drewno-blacha, instrumenty strunowe, instrumenty elektroniczne i szereg innych problemów, które mi podrzucano, jakie należy poruszyć. Dla pierwszej klasy była jedna postać, która objaśniała działanie różnych najprostszych instrumentów. Zacząłem wtedy wykorzystywać pomysły że było tam nas iluś, dwoiliśmy się, troiliśmy, graliśmy w orkiestrze.
Kiedy po wakacjach zaproponowano mi, żeby kontynuować dalej ten program a była to już druga klasa to pomyślałem sobie że "ja" jestem o rok mądrzejszy no to okazało się że jeden jest "Duży" bo działa już od roku i on stał obok fortepianu a drugi był "Mały", który się kręcił po fortepianie. Stąd właśnie narodziły się dialogi Dużego z Małym. Ten Mały pojawiał się spod klapy fortepianu a Duży, gdy przychodził do tego fortepianu był normalny. Jeden był przemądrzały i wiedział wszystko najlepiej a drugi mu udowadniał że nie jest tak jak on myśli.
Po prostu muzyka
Trudno było zagrać te postacie ?
Były to czasy telewizji kolorowej i graliśmy wszystkie odcinki w Blu-boxie. Na początku każdego odcinka jest coś takiego, że skacząc po po klawiszach fortepianu, gram melodię. Proszę spojrzeć na program - tam jak skaczę na ten klawisz to on się ugina, czyli on reaguje tak jakbym rzeczywiście skakał po fortepianie. Potem jacyś nauczyciele mieli do mnie jakieś pretensje, że to "skandal, że ja uczę niszczenia dzieci instrumentów" po czym odpowiadałem "jeśli Pani da radę wystukać na fortepianie jakąkolwiek melodię to ja uwierzę i przestanę coś takiego robić". To była taka skomplikowana sprawa ponieważ Jerzy Kaszycki, który pisał muzykę do wielu piosenek wykorzystywanych w tym programie, był kierownikiem muzycznym takiego przedsięwzięcia, przyczepił sznurki do tych klawiszy a ja musiałem wiedzieć gdzie się klawisz zaczyna a gdzie się kończy i skakałem sobie.
Po prostu muzyka Po prostu muzyka
Ile było odcinków ?
Odcinków nakręciliśmy dwadzieścia : dziesięć dla pierwszej i dziesięć dla drugiej klasy.
Po prostu muzyka
Ile czasu zajmowało nagranie jednego odcinka ?
Jeden odcinek - czyli około 40 minut - nagrywaliśmy pięć dni. Dziwne, no nie ? Ale zauważcie, że wtedy pracowaliśmy bez takich możliwości technicznych jakie są dzisiaj. Jeżeli ja rozmawiałem z samym sobą to przecież ja musiałem nagrać najpierw odpowiedzi i nagrać swoje zachowanie na zachowanie, jak gdyby pytania czy zaczepki partnera, którego jeszcze nie ma, który wystąpi potem. I to właśnie w tej kolejności, nie że pierwszy zaczyna rozmowę tylko musi być odpowiedź i ja muszę już wiedzieć jak się zachowa tamten żeby gestem, miną i sytuacją zareagować na coś co tamten potrafi wiedzieć. A potem dogrywało się tego drugiego, który tak się musiał zachowywać i mieć takie wyczucie tego dialogu, żeby reakcja tamtego, która już jest nagrana była naturalną reakcją na to co ja robię w tym momencie.
To było dość żmudne i wiadomo, że jeśli wpisuje się to w rzeczywistość przepięknie rysowaną przez Jurka Boducha, przecież to były cacuszka te jego rysunki, on potrafił narysować dach, złożony z dachówek a każda dachóweczka miała swoje światło w miejscu wypukłym.
Muszę powiedzieć, że polubiłem te programy. Jak one się zaczynały to mieliśmy trochę żalu, że idą o nieciekawej porze, że skarżą się nauczyciele, że nie mogą z nich skorzystać no bo trudno program szkolny ustawiać pod program telewizyjny. Ci, którzy widzieli ten program chwalili go, program ten był powtarzany przez conajmniej 10 lat jak nie dłużej. Co jakiś czas spotykają mnie jakieś pokolenia i mówią, że mnie pamiętają. Rodzice oglądali z maluchami i maluchy, które pamiętają z dzieciństwa, że coś takiego było jeszcze załapali się by swoim dzieciom pokazać. To takie miłe i powiem Wam, że jeśli by ktoś mi zaproponował zrobienie podobnego programu to nie odmówiłbym.

Źródło : http://www.nostalgia.pl

Przybysze z Matplanety











Dagmara Bilińska oraz Tadeusz Kwinta
a po prawej pomarańczowy Pi (Bilińska) i zielony Sigma (Kwinta)
Przybysze z MatplanetyCzy w latach 80-tych wylądowali u nas kosmici? Tak! I to jeszcze na statku, który przypominał model pojazdu Eagle z serialu "Kosmos 1999". Jednak to nie byli zwykli kosmici. To byli "Przybysze z Matplanety", których zadaniem było pomaganie ziemianom w poruszaniu się w skomplikowanym świecie jakim jest matematyka.
Przybysze z Matplanety
Przybysze z MatplanetyPrzybysze z MatplanetyPrzybywamy z Matplanety,
wprost z odległej galaktyki,
czyli z gwiazd matematyki.
Cykl edukacyjny "Przybysze z Matplanety" powstał w latach 80-tych. Była to historia o dwóch kosmitach, którzy odwiedzają nieznaną im planetę - Ziemię i na rozkaz Wielkiego Monitora wykonują na niej przeróżne misje a wszystko po to by dzieci oglądając ten program oswoiły się z matematyką i z jej czasami skomplikowanymi pojęciami.
Mieszka u nas zbiór kwadratów,
oraz podzbiór tęgich walców,
mamy innych też mieszkańców.
Na planie - PI i SIGMA a w rzeczywistości dwóch aktorów: Tadeusz Kwinta czyli zielony Sigma oraz Dagmara Bilińska (w napisach końcowych wymieniana jako Dagmar Bilińska) czyli pomarańczowy PI. Aktorzy wykorzystywali w tym programie najnowszą ówczesną technikę czyli bluebox. Było to coś w rodzaju fotomontażu, w którym łączyło się różne zdjęcia. Aktor poruszał się w studiu pomalowanym na niebiesko. Obraz z takiej kamery z aktorem wpisywany był w obraz z innej kamery, namalowany na małej karteczce. Było to trochę skomplikowane dla aktorów, którzy musieli nauczyć się nie tylko odpowiednich ruchów ale także umieć sobie wyobrazić obraz, który potem obejrzy widz tak by zagrać perfekcyjnie daną rzecz w wyimaginowanym świecie i na niebieskim tle. "Mam dobrą pamięć przestrzenną, więc praca w technice bluebox była dla mnie atrakcją, a nie udręką" - tak wspominała pracę nad programem Dagmara Bilińska, jednak bywało tak, że jeden odcinek kręcono kilka dni.
Przybysze z Matplanety Przybysze z Matplanety
Stożki, romby i trójkąty,
cyfry, liczby, prostokąty,
koła, sześciany, kwadraty.
Warto też wspomnieć i o strojach. Jak wspomina Tadeusz Kwinta: "Najprościej było zrobić kostiumy kosmonautów ale mnie się skojarzyła postać Michelina, taka nadmuchana. Jeśli chodzi o kręcące antenki to mieliśmy włącznik, na antenkach był silniczek i po naciśnięciu tego włącznika te antenki się kręciły".
Cóż niełatwo być kosmitą i poruszać się w takich nadmuchiwanych strojach jednak to aktorom nie sprawiało trudności. "Super mi się biegało w takim stroju. Jak upadałam to nic nie czułam." - wspomina Dagmara Bilińska. Tej Pani należą się szczególne uznania bowiem jak nagrywała program to była w ciąży. Biegać w takim stroju i w dodatku mieć okrągły brzuszek (Pani Dagmara grała do 7-go miesiąca) - duży podziw.
Przybysze z Matplanety Przybysze z Matplanety
Stożki, romby i trójkąty,
cyfry, liczby, prostokąty,
koła, sześciany, kwadraty.
A czym się poruszali nasi kosmici? No cóż, tutaj trzeba przyznać że TVP tworząc ten serial miała za nic prawa autorskie. Statek przybyszów z Matplanety został po chamsku ściągnięty z serialu "Kosmos 1999". W programie tym statek był mały, na niteczkach i krążył sobie dookoła prawdziwych obrazów kuli ziemskiej. Również prawa muzyczne nie imały się twórców tego programu bowiem w odcinku "Pechowy słoń", słychać muzykę z Gwiezdnych Wojen.
My kosmici PI i SIGMA
dwa matplanetyczne znaki,
zbiór przyjaciół z jednej paki
Odcinków całej serii było dziesięć. Ostatni z nich nazywał się "Królestwo Miętowego Groszka" w którym to Pi i Sigma zajmowali się systemem dwójkowym. Wylądowali wtedy nie na ziemi a na planecie opanowanej przez tytułowego groszka. Groszek ten był okrągły, miał ciemne okulary oraz ciemiężył mieszkające tam roślinki. Postać groszka, komuś skojarzyła się z pewnym generałem i ... ten manewr przekreślił realizację pozostałych odcinków.

Matplaneta zróżniczkuje,
przecałkuje,
pierwiastkuje
Matplaneta zróżniczkuje,
przecałkuje,
pierwiastkuje



Warto również wspomnieć o muzyce. Temat tytułowy (przewijający się w piosence) autorstwa Marcelego Latoszka (z elektronicznej grup Omni) jest chyba znany każdemu wielbicielowi tego programu. Piosenkę tytułową wykonał nieodżałowany Andrzej Zaucha.

Źródło : http://www.nostalgia.pl

Sonda



Program nadawany był w Telewizji Polskiej w latach 1977–1989. Jego gospodarzami byli Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński. Według znanych danych nakręcono około 490 odcinków. Gdy uwzględnimy powtórki i odcinki zrealizowane po wrześniu 1989 roku, łącznie złoży się to prawdopodobnie na aż 560 wyemitowanych programów.
„Sonda” była pod wieloma względami nowatorska, a przez wielu uważana jest za najlepszy program popularnonaukowy w historii polskiej telewizji, choć nie brakuje głosów, że był jednym z najlepszych w skali świata. I trudno nie powtórzyć zdania, które często pojawia się w rozmowach na jego temat: „Sonda wyprzedzała swoje czasy”.
ARCHIMEDES MIAŁ RACJĘ
Jak to w nauce i historii nieraz bywa, początkiem była „Eureka”. Był to jeden z najstarszych polskich programów telewizyjnych o charakterze edukacyjnym, którego pierwszy odcinek wyświetlono 4 września 1957 roku. Miał on formułę magazynu prowadzonego na żywo, w którym dziennikarze z zespołu realizującego dany odcinek przedstawiali w studio wybrane zagadnienia ilustrowane filmami, planszami, eksponatami i innymi pomocami.
Pomysłodawcami „Eureki” byli: Maria Korotyńska i Ignacy Waniewicz, kierownikiem zespołu był przez długie lata Jerzy Wunderlich, znany także jako późniejszy prezenter programu Klinika zdrowego człowieka. Wśród dziennikarzy „Eureki”, wymienić należy takie nazwiska jak Andrzej Mosz (znany później z programu Za kierownicą), Zbigniew Zdanowicz, Teodor Zubowicz czy Rafał Skibiński. Wkrótce w zespole znalazł się również Andrzej Kurek, a później także niezapomniany lektor i prezenter – Marek Siudym.
Program, który nadawany był do 1975 roku, dał początek również innym audycjom popularnonaukowym, jak „Człowiek, ziemia, kosmos”, „Przyjemne z pożytecznym”, a przede wszystkim „Sonda”, która wkrótce zastąpiła „Eurekę”.
START!
W połowie lat 1970. kierownictwo redakcji „Eureki” zdecydowało się zmienić formułę programu. Wiele wskazywało na to, że dotychczasowa stawała się mało atrakcyjna i brak jej było świeżości. Zespół szukał czegoś nowego, co mogłoby stać się, według słów Tomasza Pycia – „hitem ekranowym”.
Pracę nad programem powierzono Andrzejowi Kurkowi (fizykowi), któremu pomagały Wanda Konarzewska i Zofia Żukowska. Pierwsze dwa programy Kurek prowadził właśnie z nimi – pierwszy z Konarzewską, a drugi z Żukowską. Później zdecydował się stworzyć własny zespół redakcyjny złożony z fachowców. Wkrótce przed kamerą, obok Kurka, zaczęli pojawiać się Zdzisław Kamiński (dziennikarz i ekonomista) i Marek Siudym.
Zdaniem Tomasza Pycia – autora strony internetowej poświęconej „Sondzie” i wieloletniego (niestety, już nieżyjącego) członka zespołu tworzącego program – pomysł, by przed kamerą umieścić dwóch okularników o odmiennym podejściu, pochodził od Zofii Żukowskiej.
Wkrótce zespół „Sondy” rozrósł się. Każdy z dziennikarzy był zobowiązany do napisania scenariusza programu i zorganizowania nagrania przynajmniej raz w miesiącu. Wszyscy mieli także obowiązek zdobywania materiałów filmowych, ikonografii i dokumentacji, a także ich opracowywania, montowania i pisania tekstów do autorskich felietonów (każdego tygodnia).
Co ciekawe, materiały do nagrań filmowych zespół zdobywał za darmo. Było to możliwe dzięki ambasadom Stanów Zjednoczonych, Francji, Niemiec i ZSRR oraz różnym ośrodkom kultury i przedstawicielstwom handlowym różnych krajów. Niezwykle istotne były także kontakty osobiste. Telewizja Polska pierwsze materiały dla programu zakupiła dopiero w 1986 roku.
W nagraniach brało udział wielu znanych lektorów, którzy czytali teksty felietonów. Wśród nich byli: Marek Gajewski i Zdzisław Szczotkowski, a także Jan Suzin, Lucjan Szołajski, Jerzy Rosołowki czy Waldemar Skolmowski.
FORMUŁA
Początkowo program miał typową formę magazynu. Realizowany był w studio, w którym pojawiali się goście i prezentowano materiały filmowe. Dla przykładu, w pierwszym odcinku poruszono takie tematy jak: misja sond Voyager, roboty przemysłowe i wulkany podwodne. Zastanawiano się także, skąd wzięło się życie na Ziemi i podano informację o odkryciu celulozy w przestrzeni kosmicznej.
W programie bardzo szybko wykorzystano zupełnie nową koncepcję. Każdy odcinek poświęcano konkretnemu zagadnieniu naukowemu lub technicznemu. Program prowadziło dwóch panów, najczęściej Kurek i Kamiński, z których każdy przyjmował odmienną rolę. Jeden był entuzjastą, a drugi sceptykiem. Niezwykle ważne było to, że prowadzący unikali stawiania ostatecznych tez czy podsumowań. To widz miał wyciągnąć wnioski i rozstrzygnąć problem w zgodzie z własnymi przekonaniami.
Kurek i Kamiński prowadzili dyskusję w studio, a czasem także poza nim. Wykonywali przy tym szereg prostych, a jednocześnie ciekawych doświadczeń i prezentowali rozmaite eksponaty. Często okraszano całość dobrym humorem lub prostą inscenizacją, w której ważną rolę pełniły kostiumy i scenografia.
Jednocześnie twórcy unikali zbyt zawiłych i niemożliwych do zilustrowania tematów. Dyskusje przeplatane były felietonami filmowymi, które prezentowały i obrazowały najważniejsze w danym odcinku zagadnienia. Chodziło o to, by widzem mógł być każdy, bez względu na wiek, zawód i zainteresowania. Często można spotkać opinię, że każdy Sonda była zawsze spektaklem.
Warto pamiętać, że program realizowano przy bardzo niskim budżecie. Zmuszało to twórców do stosowania prostych, acz pomysłowych rozwiązań, często realizowanych wręcz domowym sposobem. W czołówce programu wykorzystywano także plansze wykonywane przez Andrzeja Kurka na prywatnym komputerze ZX Spectrum (48 KB).
Czasem brakowało środków nawet na taśmę filmową i pojawiła się konieczność zapisywania nowych odcinków na tej samej szpuli, na której zrealizowano wcześniejsze programy. W ten sposób bezpowrotnie utracono między innymi pierwsze nagrania.
SZCZEGÓŁY I SZCZEGÓLIKI
Logo programu „Sonda” stworzył Andrzej Kurek. Wykorzystał do tego znany na całym świecie symbol yin i yang. Tymczasem to, co czyniło i do dziś czyni „Sondę” rozpoznawalną, to niezwykle ciekawa i trwająca 46 sekund czołówka programu z bardzo charakterystycznym motywem muzycznym. Została ona zapisana na taśmie 16 mm, z wykorzystaniem kilku materiałów filmowych i plansz, które zamówiono w Studiu Eksperymentalnym TV.
W krótkim fragmencie filmowym można zobaczyć wyobrażenie lotu sondy Mariner 5 oraz wybuchu supernowej. Wykorzystano także zarejestrowany podział jądra komórkowego, moment zapłonu silnika wielostopniowej rakiety Saturn 5, a także satelitarne zdjęcia cyklonu, moment mieszania się oleju z wodą w stanie nieważkości i fragment procesu montażu podzespołów układu scalonego. Pod koniec pojawia się kolaż wybranych scen z filmów popularnonaukowych z ZSRR oraz informacja umieszczona na płytkach sond Pioneer 10 i 11.
Jako tło muzyczne wykorzystano utwór „Visitation”, którego autorem i wykonawcą jest Mike Vicker, brytyjski muzyk, kompozytor i wykonawca muzyki do wieli seriali i programów telewizyjnych. W latach 1960. grał w znanym zespole Manfred Mann.
TRAGICZNY KONIEC
Tworzenie nowych odcinków zakończyło się razem ze śmiercią Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego. 29 września 1989 roku obaj prowadzący program zginęli w wypadku samochodowym w Raciborzu-Brzeziu, w czasie zbierania materiałów do kolejnego odcinka. Kierowcą samochodu marki Peugeot, którym jechali, był Andrzej Gieysztor, polski kierowca i pilot rajdowy, który również zginął w wypadku. Pojazd zderzył się czołowo z ciężarówką. Według ustaleń śledztwa, powodem zdarzenia najprawdopodobniej była nadmiernej prędkość. Kurka i Kamińskiego pochowano na cmentarzu w Pyrach.
Po śmierci prowadzących, na antenie ukazały się jeszcze trzy odcinki premierowe i jedna powtórka. 25 października 1989 roku wyemitowano program poświęcony pamięci Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego, pod tytułem „Dwaj ludzie z Sondą”.
SONDA A HISTORIA
Program z pozoru nie miał wiele wspólnego z historią. Tymczasem historia nauki i techniki pojawiała się często przy okazji omawiania różnych tematów, stanowiąc nieodłączny element i tło wielu rozważań. Dziś „Sonda” jest wspaniałym zapisem tego, jak na przestrzeni lat zmieniała się nauka i technika. Widzimy w nim także, jak zmieniało się z czasem nasze postrzeganie nowinek naukowych i technologicznych.
Świetnym przykładem jest odcinek zatytułowany „Plaster rzeczywistości”, w którym prowadzący prezentowali nowe możliwości związane z pojawieniem się płyty kompaktowej CD. W pewnym momencie Kamiński przedstawił wątpliwość dotyczącą nowego nośnika informacji:
„Trzeba powiedzieć, że oprócz tej cudownej jakości dźwięku i wspaniałej jakości obrazu na płycie wizyjnej, jest jeden zasadniczy problem. Polega on po prostu na tym, że działa to tylko w jedną stronę. Można tylko odtwarzać, czyli nie ma tej możliwości, którą stwarza taśma magnetofonowa i magnetowidowa – nagrywania programów, utworów, które właściciel chce mieć”.
Wśród argumentów Kurka znalazło się między innymi takie stwierdzenie:
„Przecież tym można się posługiwać jak aparatem fotograficznym. Powiedzmy kamera, rejestracja obrazu i gdzieś w instytucji, jednej na terenie miasta albo nawet kraju, rejestracja tego na płycie, do wielokrotnego użytku, nie do zdarcia (…)”.
Dziś, gdy płyty CD powoli odchodzą do lamusa i trudno nie znaleźć w sklepie taniej nagrywarki, może wydawać się to zabawne, ale w 1984 roku była to czysta niewiadoma – zarówno z technicznego, jak i ekonomicznego punktu widzenia.
Te i całe mnóstwo innych przykładów świadczą o tym, że „Sonda” do dziś nie straciła swojego potencjału. Wiele problemów zaprezentowanych w programie do dziś jest aktualnych. W wielu przypadkach to, co zostało określone przez prowadzących jako „możliwe”, stało się rzeczywistością. Dziś możemy oglądać odcinki „Sondy” na kanale TVP Historia, gdzie emitowane są w sobotnie poranki o godz. 8.10.

 29 września 1989 roku pod Raciborzem zginęli Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński, twórcy zjawiskowego programu „Sonda” Program oddziaływał na wyobraźnię i ukazywał wspaniały, często niedostępny świat nauki i techniki. „Sonda” była prawdziwym fenomenem nauki w telewizji…