Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polskie Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polskie Filmy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 czerwca 2017

Klatwa doliny wezy


"Źródło potęgi i mocy w dolinie tysiąca węży. I że mnie ponoć zabity przez moich strażników, Ty - Dobro Zły - idź. Płaski kamień, głowa węża. Ruszaj, nie ruszaj. Trzy razy Khuman. Wielki skarb i straszny mrok. Zapanujesz nad światem jeśli wyzwolisz potęgę i moc - Dobry, Zły - zginiesz. W znaczeniu poznania, nowe życie...." (fragment z tajemniczego transkryptu)








Pogranicze laotańsko-wietnamskie, listopad 1954. Na skraju dżungli ląduje ostrzelany przez partyzantów helikopter. Pilot Bernard Traven, poszukując wody, trafia do buddyjskiej świątyni, skąd rabuje drogocenną szkatułkę. Mnich rzuca klątwę... Sorbona, trzydzieści lat później. Wykład prowadzi Jan Tarnas, specjalista od starych tajskich rękopisów. Nieoczekiwanie pojawia się Traven prosząc profesora o rozszyfrowanie manuskryptu z tajskiej szkatuły. Podczas jego rozcinania w laboratorium nieoczekiwanie gaśnie światło i pojawiają się węże. Ich ofiarą pada monter reperujący oświetlenie. Przybywa policja, a wkrótce potem dziennikarka Christine Jaubert z redakcji "France Soir". Badając okoliczności śmierci poznaje Tarnasa. W willi Travena Tarnas z gospodarzem odczytują kartkę z manuskryptu. Ich ciekawość budzi przestroga przed "khumanem" - tajemniczym niebezpieczeństwem. Ponownie pojawia się jadowity wąż...

Kolejny - bodajże siódmy film Marka Piestraka, przez niektórych nazywany "Rodzimym Edem Woodem" uznaje się za jedną z najgorszych rodzimych produkcji. Jednak to co było nie do strawienia przez krytyków ówczesne pokolenie kinomanów uznawało polsko-radzieckiego "Indiana Jonesa" za najlepszy towar eksportowy. "Indiana Jones"? - Marek Piestrak kategorycznie zaprzecza by wzorował się na filmie z przygodami słynnego archeologa (chodzi o film "Poszukiwacze zaginionej arki")
"Zamiar zrobienia tego filmu narodził się jeszcze przed Indianą Jonesem. Chciałem to nakręcić dwa lata wcześniej, zanim tamten trafił na ekrany". Reżyser spóźnił się niestety o dwa lata. "Stanąłem przed wyborem : robić czy nie robić. Wiedziałm że "Poszukiwaczy zaginionej arki" nie przeskoczymy w rozmachu realizacyjnym, we wspaniałej inscenizacji... Ale scenariusz był gotowy, umowy z kontrahentami z Wietnamu i Estonii zawierane. Wszyscy mnie namawiali, żeby ten film zrobić. W takich warunkach, jakie były - trochę siermiężnych - duży przygodowy film powstał" - twierdził reżyser.
Scenariusz polskiego "Indiany Jonesa na miarę naszych możliwości" jak to określił jeden z internautów powstał w oparciu o opowiadanie "Hobby dr. Travena", które na początku lat 80. ukazywało się w odcinkach na łamach Przekroju. Autorem scenariusza był był Wiesław Górnicki, ukrywający się pod pseudonimem Robert Stratton - zmarły w 1996 roku pisarz i dziennikarz w latach 80. pełnił kilka ważnych funkcji państwowych (był m.in. bliskim współpracownikiem gen. Wojciecha Jaruzelskiego i autorem jego najważniejszych przemówień, m.in. tego z 13 grudnia 1981).

Doborowa obsada miała przyciągnąć również uwagę widzów. W filmie pojawiają się Krzysztof Kolberger, Roman Wilhelmi, Ewa Sałacka, Leon Niemczyk jednak widzowie zwracali uwagę na efekty specjalne a raczej mizerne ich próby stworzenia. Akcja filmu rozgrywała się w Paryżu i w dzikich ostępach dżungli na pograniczu Wietnamu i Laosu. Bohaterowie – polski profesor Jan Tarnas (Krzysztof Kolberger), tajemniczy czarny charakter Bernard Traven (Roman Wilhelmi) oraz dziennikarka Christine Jaubert (Ewa Sałacka) – przeżywają nieprawdopodobne przygody szukając tajemniczego artefaktu zaginionej cywilizacji.
"Robiliśmy to z Rosjanami w czasach schyłku ZSRR". - opowiada Piestrak - "Wszystko się sypało. Zrobili nam dekorację groty z grobowcami kosmitów, które nas nie zadowalały, woda niby się tam lała, ale nie tak jak trzeba. W grocie miał być potwór - ruchliwy i oślizgły. Okazał się sztywną makietą, która się w ogóle nie ruszała, itd., itp.
Mało tego. Budżet na film nie był zbyt duży więc Laos zastąpił Wietman. A helikoptera (na który twórcy filmu czekali na planie bity miesiąc) można było skorzystać tylko raz bo kiedy wyląduje to nie wzbije się ponownie bo ma za słabe akumulatory.
Doszło do tego że dżungla, która występowała w filmie została zastąpiona przez ... chaszcze. - Żeby udawać dżunglę, trzeba było przed kamerę Ryszarda Lenczewskiego wetknąć kawałek liścia, żeby wyglądało, że jest tu gęsto od roślinności - wspomina rozgoryczony filmowiec.

Kolejną sprawą to była kwestia wiszącego mostu przez który przechodzą nasi bohaterowie. Reżyser wyjaśnia "Robiliśmy ją na pograniczu absolutnego ryzyka. Ten mostek naprawdę tak wyglądał, jak wygląda na filmie. Ekipa trzymała się tych szczebli, poręczy i lian, aktorka wisiała nad tą rzeką - wprawdzie w jakiejś konstrukcji, którą przygotował nasz kaskader - ale rzeczywiście na rękach, mogła spaść ... Mieliśmy kilka godzin. Potem dowiedzieliśmy się, że podobną scenę u Spielberga kręcono dwa tygodnie na mostku zbudowanym na hali z kaskaderami i tak dalej ... Może tamta scena wyszła lepiej. Ale nasza była kręcona z narażeniem życia przez całą ekipę".
Warto też wspomnieć o najprzeróżniejszych dziwolągach i o efektach specjalnych, którymi zajął się stały współpracownik Piestraka, Janusz Król. On to bowiem zaprojektował wielkie wężopodobne monstrum, czychające na bohaterów w zakazanej świątyni oraz charakteryzację Igora Przegrodzkiego, który wskutek odrażającej metamorfozy zamienia się w monstrum z wielką kulą na czole (żarówki akurat nie były drogie) rodem z amerykańskich filmów grindhouse. Wszystko to odbyło się tanim kosztem bowiem były mocno ograniczone środki. Jednak mimo to, jak na tamte polskie czasy niektóre z tych "cudów specjalnych" wypadły dość przyzwoicie.

"Zdjęcia trickowe wyszły tak, jak wyszły, nie było mowy o komputerach czy innych środkach, którymi obecnie dysponuje kinematografia. Nie zawsze te lasery wychodzą prosto z oczu bogów, ale jakoś to wtedy zostało przełknięte. Teraz pewnie ludzie się śmieją, ale najważniejsze, żeby ten film nadal jakoś istniał" - mówi Marek Piestrak.
Mimo iż film, z dzisiejszego punktu widzenia wypadł naprawdę groteskowo to w momencie, kiedy wszedł na ekrany, wywołał istną furorę. W samej Polsce produkcja zgromadziła w kinach ponad milion widzów, ilość często nieosiągalną dla filmów współcześnie kręconych nad Wisłą. Jeszcze większo widownię zgromadził u naszych wschodnich sąsiadów gdzie w ZSRR film ten obejrzło ... 25 milionów widzów co było swoistym rekordem w naszej kinematografii i ostatnim sukcesem finansowym Marka Piestraka.
W 2010 roku „Klątwa Doliny Węży” ukazała się Polsce na DVD w serii wydawniczej Telewizji Kino Polska.


poniedziałek, 20 lutego 2017

Szaleństwa panny Ewy



Serial w stylu retro, przywołujący barwne lata 30., zrealizowany według powieści Kornela Makuszyńskiego. Książka powstała w 1940 r. i była swoistym głosem w obronie wartości utraconych. Zresztą z całej twórczości tego pisarza emanuje pogodna afirmacja życia i fascynacja urokiem "bezgrzesznych lat" dziecięcych i młodzieńczych.

Szczególny klimat wykreowanego przez niego świata - idealistycznego, utopijnego, ale nasyconego liryzmem i humorem - od dawna zachęcał reżyserów do ekranizacji jego utworów ("O dwóch takich co ukradli księżyc", "Szatan z siódmej klasy", "Awantura o Basię", animowane "Przygody Koziołka Matołka" i inne). Reżyser Kazimierz Tarnas, także zauroczony aurą pisarstwa Makuszyńskiego, wziął również na warsztat "Pannę z mokrą głową" i ostatnio "Awanturę o Basię". Odtwórczynię roli tytułowej wybrał drogą konkursu spośród przeszło 300 dziewcząt, które zgłosiły się na eliminacje ("z konkursu" był również jej nieodłączny towarzysz, pokraczny Rolmops, kundel "z piekła rodem"). Dorota Grzelak, wtedy świeżo upieczona licealistka, swoim osobistym urokiem przydała wiarygodności filmowej Ewie, rezolutnej pannicy ciągle wściubiającej nos w nie swoje sprawy, trochę zwariowanej, odrobinę naiwnej, która swoim uśmiechem, serdecznością i niewzruszoną wiarą w zwycięstwo dobra zmienia życie ludzi wokół siebie. Zgorzkniałym przywraca radość, biedaków ratuje przed nędzą, kojarzy nieszczęśliwie zakochanych.

 Warszawa, 1932 rok. Bakteriolog, dr Tyszowski, musi wyjechać do Chin, gdzie wybuchła epidemia. Ewa z wielkim żalem rozstaje się z ukochanym ojcem, który jest dla niej także wspaniałym kolegą. Ciotka Halicka załatwia jej pokój w mieszkaniu państwa Szymbartów. Po serii konfliktów, głównie z powodu psa Ewy, którego pani Szymbartowa nie znosi - ale tak-że protestując przeciwko jej metodom pedagogicznym stosowanym wobec córki Zosi - dziewczyna ucieka przez okno. Świadkiem tego wydarzenia jest młody malarz Jerzy. Przedstawm Ewę swej matce, która - po wysłuchaniu mrożącej krew w żyłach opowieści o tyranii Szymbartowej - uzgadnia z dotychczasową opiekunką, że do powrotu dr. Tyszowskiego Ewa będzie mieszkać u nich.

Tego samego dnia dziewczyna słyszy, że Jerzy odbiera bardzo przykry telefon. Właściciel domu, niejaki Mudrowicz, domaga się spłaty długów wynoszących 10 tysięcy złotych. Nazajutrz Jerzy bez powodzenia próbuje sprzedać swoje obrazy.

Ewa przejmuje inicjatywę. Nic nie mówiąc Zawidzkim bierze kilka płócien i ubezpieczana przez pana Szymbarta, czekającego na ulicy, składa wizytę Mudrowiczowi. Potworny, bardzo bogaty i samotny staruch, nie opuszczający ponurego mieszkania, zostaje przez Ewę odmieniony. Przyjmuje obrazy Jerzego za 2 tysiące, pozostałą część długu pozwala spłacać w dowolnych ratach. Do sąsiedniego domu sprowadzają się państwo Zawiłowscy z uroczą córką Basią. Między nią a Jerzym rodzi się uczucie od pierwszego wejrzenia. Tymczasem okazuje się, że pani Szymbartowa wpędziła Zosię w ciężką gruźlicę. Ubogich rodziców stać na opłacenie tylko miesiąca pobytu córki w sanatorium...

Źródlo: wikipedia, filmPOLSKI

czwartek, 19 maja 2016

Opowiadania Muminków

Opowiadania Muminków – serial powstały latach 1977 - 1982 w łódzkim studiu Se-ma-for na podstawie scenariuszy napisanych przez Marię Kossakowską i Lucjana Dembińskiego, opartych na cyklu powieści Tove Jansson. Treścią serii są przygody dziwnych istot zwanych Muminkami oraz ich równie niezwykłych przyjaciół. Między poszczególnymi częściami zachodzi ciągłość fabularna. Seria zrealizowana w technice półpłaskiej lalki, posiada komentarz interpretowany początkowo przez Stanisława Wyszyńskiego (odcinki 1-12), a potem przez Stanisława Kwaśniaka (odcinki 13-78). Opracowanie plastyczne - Bogdan Chudzyński. Muzykę napisał Andrzej Rokicki.
Z materiałów pochodzących z serialu w Se-ma-forze zmontowano kilka pełnometrażowych filmów do wyświetlania w kinach: Szczęśliwe dni Muminków (1983), Zima w dolinie Muminków (1986), Lato Muminków (2008) i Muminki w pogoni za kometą (2010). Zdaniem krytyków polski serial jest najbliższy pierwowzoru literackiego.


Tytuły odcinków "Opowiadań Muminków"

  1. Wiosna w Dolinie (L. Dembiński)
  2. Król Kalifornijski (L. Dembiński)
  3. Groźny Mrówkolew (L. Dembiński)
  4. Sok malinowy (L. Dembiński)
  5. Wielkie porządki (L. Dembiński)
  6. Nowi goście (K. Kulczycka)
  7. Wiśnie w kapeluszu (D. Zawilski)
  8. Odejście Włóczykija (J. Kudrzycka)
  9. Torebka Mamusi (L. Dembiński)
  10. Królewski rubin (K. Kulczycka)
  11. Spełnione życzenia (L. Dembiński)
  12. Wielki festyn (J. Kudrzycka)
  13. Wyprawa na wyspę (J. Kudrzycka)
  14. Burza na wyspie (K. Kulczycka)
  15. Powrót z wyspy (K. Kulczycka)
  16. Zimowy sen (L. Dembiński)
  17. Wieczór wigilijny (L. Dembiński)
  18. Śnieg w Dolinie (J. Kudrzycka)
  19. Mała Mi (J. Kudrzycka)
  20. Lodowa Pani (K. Kulczycka)
  21. Oczekiwanie (K. Kulczycka)
  22. Zimowi goście (L. Dembiński)
  23. Kto lubi Paszczaka? (L. Dembiński)
  24. Ynk i jego bracia (J. Kudrzycka)
  25. Wiosenna kanonada (J. Kudrzycka)
  26. Katastrofa (D. Zawilski)
  27. Ostatni smok (D. Zawilski)
  28. Przyjaciel (L. Dembiński)
  29. Symfonie mórz (L. Dembiński)
  30. Noc w zatoce (K. Kulczycka)
  31. Sztorm (K. Kulczycka)
  32. Urodziny Arcykróla (J. Kudrzycka)
  33. Duch z wyspy (J. Kudrzycka)
  34. Pies morski (D. Zawilski)
  35. Mama Ryjka (D. Zawilski)
  36. Spotkanie (K. Kulczycka)
  37. Noc grozy (K. Kulczycka)
  38. Dzień dobry (J. Kudrzycka)
  39. Dom, w którym straszy (J. Kudrzycka)
  40. Marzenia Bufki (L. Dembiński)
  41. Nocleg na drzewie (L. Dembiński)
  42. Zemsta Włóczykija (K. Kulczycka)
  43. Noc Świętojańska (K. Kulczycka)
  44. Włóczykij i leśne dzieci (J. Kudrzycka)
  45. Więzienne kraty (J. Kudrzycka)
  46. Premiera (L. Dembiński)
  47. Stary adres (L. Dembiński)
  48. Zwyczajny Dzień (D. Zawilski)
  49. Ziemia jak okruch (D. Zawilski)
  50. Początek dalekiej podróży (K. Kulczycka)
  51. Krok od przepaści (K. Kulczycka)
  52. W Górach Skalistych (J. Kudrzycka)
  53. Obserwatorium (J. Kudrzycka)
  54. Lawina (L. Dembiński)
  55. W drodze do domu (L. Dembiński)
  56. Order gwiazdy (D. Zawilski)
  57. Bal w lesie (D. Zawilski)
  58. Dno morza (K. Kulczycka)
  59. Już jutro (K. Kulczycka)
  60. Kometa nad Doliną (J. Kudrzycka)
  61. Złota kita (J. Kudrzycka)
  62. Cocktail party (L. Dembiński)
  63. Cedryk (L. Dembiński)
  64. Sen o zimie (K. Kulczycka)
  65. Dżungla (K. Kulczycka)
  66. Trudna decyzja (J. Kudrzycka)
  67. Lunapark (J. Kudrzycka)
  68. Ciężkie pieniądze (L. Dembiński)
  69. Kłopoty Mamusi (L. Dembiński)
  70. Łowy (K. Kulczycka)
  71. Gdzie jest wampir? (K. Kulczycka)
  72. Filifionka i wampir (J. Kudrzycka)
  73. Latarnia morska (J. Kudrzycka)
  74. Malowany ogród (L. Dembiński)
  75. Jesienny sztorm (L. Dembiński)
  76. Sen Tatusia (L. Dembiński)
  77. Gość z Marsa (K. Kulczycka)
  78. Żegnajcie (K. Kulczycka)

środa, 23 marca 2016

Przygoda z piosenką


Po kilku latach przerwy, Stanisław Bareja ponownie nawiązał współpracę z przedwojennym duetem artystycznym Jerzy Jurandot - Marek Sart. Efektem był musical "Przygoda z piosenką", którego treścią są perypetie młodej piosenkarki Marioli, która po zdobyciu Nagrody Publiczności na festiwalu w Opolu wyjeżdża do Paryża, by tam zrobić karierę. Oczekiwane splendory jednak nie przychodzą, więc skruszona gwiazdka wraca do kraju...
Film ten z całą pewnością trzeba uznać za największą pomyłkę w karierze Stanisława Barei, który nie wiedzieć czemu, postanowił zdyskontować własne osiągnięcia w ilości piosenek na kilometr bieżący taśmy filmowej i porwał się na zrobienie regularnego filmu muzycznego. W dodatku zrobił to we współpracy z przeterminowanymi, przedwojennymi autorami, z którymi zresztą pracował już przy "Mężu swojej żony". Gniot z piosenkami, śpiewanymi przez Bohdana Łazukę, Irenę Santor, Barbarę Krafftównę, Sonię Sulik i samego Zdzisława Maklakiewicza, tak nie spodobał się publiczności, że w efekcie "Przygoda z piosenką" zakończyła kinowy żywot na 57 miejscu, pod względem oglądalności w 1969 roku. Jest w nim za to zaskakująca sekwencja a'la Fred Astaire, z Maklakiewiczem, tańczącym po ścianach.
Tak lata 60-te zakończyły się dla Stanisława Barei. Był to czas debiutu, ostrożnego i bezpiecznego poznawania technik realizatorskich i narracyjnych oraz pierwszych prób przemycania do swych dzieł tego, co reżyser w pełni zaprezentuje w kolejnych dekadach.


 Źródło: www.film.org.pl

Małżeństwa z rozsądku


Od "Małżeństwa z rozsądku" datuje się już niepodzielne królowanie komedii w dorobku Stanisława Barei. Bohaterem tej jest skromny, biedy malarz Andrzej, poznający kobietę swego życia, mającą nieuczciwych rodziców i niechcianego kandydata na męża. Rodzice owi, poznawszy Andrzeja, postanawiają go wykorzystać w swych nieuczciwych machinacjach z praniem brudnych pieniędzy. A Andrzej pragnie tylko szczęśliwego związku z Joanną i wspólnego mieszkanka z funkcjonalnymi mebelkami, kupionymi w bardzo korzystnym systemie ratalnym :)
Dla mnie osobiście to najlepszy film Stanisława Barei z lat 60-tych. Mamy tutaj chyba najbardziej bajkowo wystylizowaną oprawę plastyczną, z przepięknie fotografowanym warszawskim Starym Miastem, Barbakanem, bazarem Różyckiego i landszaftami ze spadzistymi dachami budynków. Wśród postaci jest podupadające hrabiostwo, wyjęte wprost z przedwojennej farsy. Przez fabułę przewia się uliczna kapela, której lider Tadeusz Chyła, śpiewa bardzo wpadającą w ucho piosenkę. Właśnie - piosenki. W "Małżeństwie z rozsądku" jest ich mnóstwo, ale Bareja nie popełnił błędu "Żony dla Australijczyka". Są one integralną częścią tej komedii romantycznej. Po latach nadal można z przyjemnością popatrzeć i posłuchać, jak młody Daniel Olbrychski wyśpiewuje miłość do Elżbiety Czyżewskiej, wówczas już gwiazdy filmowej pierwszej wielkości.
Z drugiej strony natomiast zauważalny jest coraz większy ładunek satyry obyczajowej, skierowanej przeciwko absurdom dnia codziennego i małej ludziej chciwości. To, co Bareja rozwinie za kilka lat, w łagodnej lecz wyraźnej formie jest ważną częścią "Małżeństwa z rozsądku" : rodzice Joanny, zastanawiający się, jak by tu bezpiecznie ulokować lewe pieniądze; fałszywy inżynier Kwilecki, kradnący włóczkę z sąsiedniej przędzalni, czy też aparat inwigilacji, ukazany pod postacią bardzo tajnego agenta, granego przez Wojciecha Pokorę.



Źródło: http://www.film.org.pl

Żona Dla Australijczyka


Trzeci film Stanisława Barei, przez złośliwych nazwany został ruchomym folderem turystycznym Polski Ludowej, z Zespołem Pieśni i Tańca "Mazowsze" w roli głównej. Rzeczywiście, reżyser nieco przesadził z częstotliwością i długością sekwencji taneczno-śpiewanych, rodem z Cepelii. Gdyby współcześnie zabawić się w domorosłego montażystę i powycinać te - w większości niczym nie służące fabule - muzyczne przerywniki, otrzymalibyśmy najbardziej klasyczną komedię romantyczną. Oto z Australii, z trzydniową wizytą przybywa do ojczyzny emigrant Robert Wolański, by w Gdańsku znaleźć sobie kandydatkę na żonę. Pomagający mu w tej misji wygadany dziennikarz Michał Żelazkiewicz, wpada na genialny pomysł - po co szukać drobnicy na mieście, skoro multum ewentualnych kandydatek można spotkać w jednym miejscu - podczas występu "Mazowsza". Niestety, wskutek pomyłki, nasz rodak z antypodów po koncercie uprowadza do odludnego domu w burzliwą noc - owszem, właściwą kandydatkę - lecz nie tą, która chciała być porwana...
W rolach głównych wystąpiła druga para z "Męża swojej żony", czyli Elżbieta Czyżewska i Wiesław Gołas. Większość filmu to konwencjonalne, lecz niezmiennie zabawne słowne przepychanki i humor sytuacyjny, wynikający z relacji pomiędzy skazaną na siebie parą. Na drugim planie błyszczy wspaniały Edward "Dudek" Dziewoński, jako redaktor Żelazkiewicz, dla którego nie ma spraw nie do załatwienia. W epizodach śmieszą Jan Kobuszewski, jako dostawca frykasów z delikatesów, dziwiący się, że Australijczyk chce za nie płacić bonami, oraz przezabawny Wiesław "Jej Ekscelencja" Michnikowski, w roli faceta zajmującego się rozmnażaniem rybek akwariowych.


Źródło: www.film.org.pl

Mąż mojej zony


Rzeczą znamienną w filmografii Stanisława Barei jest bardzo "niewinny" początek, w niczym nie zapowiadający przenikliwości i wręcz obyczajowej drapieżności jego komedii z przełomu lat 70-tych i 80-tych. Na razie nic takiego nie następuje. Bareja przez całe lata 60-te kręci grzeczne, ugłaskane, pełne rozśpiewanych i roztańczonych postaci, błahe komedyjki. Gagi, wynikające z nie zawsze mile widzianej przez cenzora obserwacji absurdów dnia codziennego, są widoczne w śladowej postaci. W filmach Stanisława Barei z tego okresu, siermiężna Polska ery gomułkowskiej jest pokazana z iście amerykańską lekkością i radosną beztroską.
Scenariusz swojego pierwszego filmu, Stanisław Bareja oparł na przedwojennej sztuce teatralnej Jerzego Jurandota (scenariusz) i Marka Sarta (muzyka i piosenki) "Mąż Fołtasiówny". Bohaterem filmu jest - maksymalnie niedobrane na pierwszy rzut oka - małżeństwo. On - wrażliwy kompozytor, ona - lekkoatletyczna gwiazda pierwszej wielkości. Właśnie się pobrali, są zakochani i szczęśliwi. Lecz na drodze do budowy pełni małżeńskiego szczęścia, bez przerwy staje błyskotliwa kariera sportowa byłej panny Fołtasiówny, otoczonej trenerem, kolegami z klubu, dziennikarzami i kibicami. Wzbudza to frustrację, zazdrość i gniew zepchiętego w cień męża.
Debiut Stanisława Barei z 1960 r. do dziś ogląda się z przyjemnością. Reżyser, nie wypierając ze scenariusza przedwojennego, nieco bajkowego klimatu, nakręcił bardzo zabawną komedię, oraz zgrabnie wykorzystał ówczesną Warszawę, wyprowadzając znaczną część akcji filmu w plener. Co prawda scenariusz nie grzeszył błyskotliwością, a humor był raczej konwencjonalny, lecz atutem "Męża swojej żony" jest doskonała, bardzo wdzięczna obsada, na czele z późniejszym niemal stałym aktorem Barei - Bronisławem Pawlikiem, oraz przeuroczą Aleksandrą Zawieruszanką. Drugi plan to przyjemność obejrzenia znakomitych : Mieczysława Czechowicza, Elżbiety Czyżewskiej, Wiesława Gołasa czy Jerzego Duszyńskiego (tego samego, który po latach nie kupił kurczaka, podanego przez sprzątaczkę brudną ścierką w "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" (1978), ostatnim filmie aktora). Epizodycznie pojawia się trener-legenda boksu, Feliks "Papa" Stamm, oraz drugi aktor-fetysz Barei, Wojciech Pokora. Ukłonem w stronę "przedwojnia" jest postać despotycznej gosposi Kowalskiej, bezustannie zatruwającej życie biednemu Michałowi, a to zupą mleczną o świcie, a to blokowaniem dostępu do własnej żony, bo "pani musi być wypoczęta na zawody". Grająca gosposię Wanda Łuczycka, po latach znów zagrała u Barei, w serialu "Zmiennicy", jako jedna z Oborniakowych, wynajmujących kwaterę dla pani Lusi i Mariana/Kasi.


Źródło: http://www.film.org.pl

Nie ma róży bez ognia

 Drugi film Stanisława Barei, napisany do spółki z Jackiem Fedorowiczem, to wariacja na temat peerelowskich kłopotów mieszkaniowych, znacznie rozwiniętych w genialnym serialu "Alternatywy 4". Małżeństwo Filikiewiczów gnieździ się w jednym ciasnym pokoju w willi. Pewnego dnia odwiedza ich niejaki Malinowski, który powodowany nostalgią za czasami dzieciństwa, spędzonymi w tej właśnie willi, proponuje zamianę mieszkań. Tak oto szczęśliwi Filikiewiczowie przeprowadzają się do przestronniejszego mieszkania w bloku. Ale razem z nimi wprowadza się Jerzy Dąbczak, były mąż Wandy Filikiewicz, mający papiery meldunkowe razem z Wandą. Zdenerwowany Janek, chcąc pozbyć się sublokatora, próbuje wywołać alkoholowa libację, mając nadzieję, że krzyki pijanego Dąbczaka spowodują reakcję administracji. Niestety ofiarą alkoholu zostaje Janek. Nastepną deską ratunku jest Lusia, żona Dąbczaka z prowincji, szukająca niewiernego i sprowadzona do Warszawy, celem wywiezienia go z sobą do Łomży. Ale pod wpływem wygadanego i cwanego Jurka, Lusia zostaje, dodatkowo ściągając do mieszkania Filikiewiczów swego aktualnego narzeczonego Zenka. Za nimi wprowadza się z meblami także ojciec Lusi. To już stanowczo zbyt wiele dla biednego Janka...
Jednym z ulubionych zajęć Stanisława Barei, było kolekcjonowanie gagów. Notował wszystkie śmieszne sytuacje, które podpatrzył w życiu i na ekranie. "Nie ma róży bez ognia" to właśnie almanach zabawnych sytuacji, przeniesionych na ekran zarówno z otaczającej reżysera codzienności, jak i slapstickowych komedii, realizowanych w USA w latach 20-tych i 30-tych. Walka skacowanego Janka z platformą, zawieszoną kilkanaście metrów nad ziemią to cytat z Harolda Lloyda w filmie "Jeszcze wyżej" (1923). Również zmagania z podnoszoną lodówką, cieknącym kranem czy wiadrem, stojącym na torze spadających swobodnie drzwi, to nawiązania do czasów, kiedy kino było tylko jarmarczną rozrywką. Z tamtych filmów doskonale pamiętamy także nierozgarniętych policjantów. Jeden z nich przedostał się do świata Barei, pod postacią plutonowego Krzysztofa Kowalewskiego, który chcąc zabłysnąć, powiedział dwa przysłowia na raz. Tak oto z "nie ma róży bez kolców" i "nie ma dymu bez ognia" powstał niezwykły tytuł filmu "Nie ma róży bez ognia". Ale obraz ten to nie tylko cytowanie klasyków. To absurdów codzienności, pokazywanych przez powiększające szkło ciąg dalszy. Znów oberwało się biurokratycznemu molochowi oraz zwykłej ludziej głupocie, zaniechaniu i tumiwisizmowi.

Mimo, że w roli głównej wystąpił Jacek Fedorowicz, film jest niemal wyłącznym aktorskim spektaklem genialnego Jerzego Dobrowolskiego. Kreowany przez niego Jerzy Dąbczak to inteligentny i bystry, choć bardzo przebiegły cwaniaczek. Nie sposób jednak go nie lubić. W pozostałych rolach widzimy Halinę Kowalską (później jako śpiewaczka Kolińska-Kubiak w "Alternatywy 4"), Stanisławę Celińską (czyli nauczycielkę z "Alternatywy 4" i panią Lusię goniącą za "Krzykiem ciszy" w "Zmiennikach"), znanego z wcześniejszych filmów Barei Mieczysława Czechowicza (obaj spotkają się ponownie na planie "Zmienników"), stałych elementów obsady u Barei, czyli Gołasa, Pawlika i (epizodycznie) Pokorę, Wojciecha Siemiona z kultowym tekstem "bardzo dobrze, dostatecznie", jak zwykle śmiesznego Jana Himilsbacha oraz reżysera Henryka Klubę, twórcę legendarnego, nieukończonego filmu o tytule, który sam w sobie jest dziełem sztuki - "Pięć i pół bladego Józka". Jedną z drugoplanowych ról zagrał również Stanisław Tym, z którym Stanisław Bareja za kilka lat zrealizuje swoje trzy najlepsze filmy.


Źródło: http://www.film.org.pl

Poszukiwany poszukiwana


Skończyły się lata 60-te. a z nimi skończyły się lekkie, wodewilowe, rozśpiewane, szerokoekranowe komedie Stanisława Barei, realizowane w Zespole Filmowym "Rytm". Nowy rozdział otworzył "Poszukiwany poszukiwana", napisany wspólnie z Jackiem Fedorowiczem. Bohaterem filmu jest Stanisław Maria Rochowicz, pracownik muzealny, który pewnego dnia ma pecha być oskarżonym o kradzież obrazu. Płótno to, przedstawiające dłoń, pędzla wyszczekanego i upierdliwego artysty Bogdana Adamca, jest właściwie bezwartościowym knotem, lecz jako "dzieło sztuki" przedstawia sporą wartość finansową, a za jego brak w magazynie muzeum, Bogu ducha winnemu Rochowiczowi grozi 5 lat więzienia. Nie mając innego wyjścia, przebiera się on za kobietę i ucieka, by w spokoju namalować replikę obrazu i podrzucić do magazynu. Lecz żeby przetrwać musi, jako Marysia, podjąć pracę gosposi. Ludzie u których znajduje zatrudnienie to indywidua wszelkiej maści...
Pomysł na film przyniosła Barei jego żona, pracująca jako kustosz w Muzeum Narodowym (zupełnie jak matka Kasi Pióreckiej z serialu "Zmiennicy"), gdzie miała miejsce podobna sytuacja z zaginionym eksponatem. Początkowo w roli Stanisława/Marysi miał wystąpić współautor scenariusza Jacek Fedorowicz. Po nieudanych zdjęciach próbnych, w których brał udział także Janusz Gajos, rolę ostatecznie przyjął Wojciech Pokora, tworząc jedną ze swych najlepszych kreacji. Pomimo przypisywanych filmowi przedwojennych koneksji (w "Czy Lucyna to dziewczyna" (1934), również miały miejsce przebieranki i wynikająca z tego komedia pomyłek), "Poszukiwany poszukiwana" to dzieło świeże, na wskroś współczesne, z ostrzem satyry celnie wymierzonym w ówczesną peerelowską, absurdalną rzeczywistość. Widzimy ją szczególnie wyraźnie pod postacią chlebodawców Marysi. Pierwsze z nich to małżeństwo Karpielów z nieopatrznie zameldowaną u nich byłą gosposią, która ani myśli się wynieść. Drugie małżeństwo ma rozwydrzonego syna (jeszcze bardzo młody Filip Łobodziński), którego Marysia szybko doprowadza do porządku.
Następny jest "pan profesor", oficjalnie badający zawartość cukru w cukrze, czyli po prostu pędzący bimber na skalę przemysłową, a po zdemaskowanu chcący się z Marysią ożenić. Na jego polecenie Marysia wykupuje na mieście dziesiątki kilogramów cukru, co prowadzi do wybuchów paniki i proroczych scen, jakie naprawdę miały miejsce w sklepach PRL-u kilka lat później. Ostatnim chlebodawcą Marysi jest człowiek, będący "z zawodu dyrektorem", grany przez doskonałego Jerzego Dobrowolskiego. Tu Bareja sobie poużywał, portretując "dyrektora", jako mało rozgarniętego karierowicza z wysokim mniemaniem o sobie. Jego kwestie dialogowe to pyszny przykład absurdalnej, partyjnej nowomowy, która pod postacią elokwencji i pozornej kompetencji ukrywała stek bzdur. W "Poszukiwanym poszukiwanej" natykamy się także na wzmiankę o prześladującym Bareję Grunwaldzie. W scenie przesłuchania u prokuratora, Rochowiczowi przypomniane zostaje jego pijackie odgrażanie się, że "przemaluje Grunwald na zielono". Jest to także pierwsze spotkanie Barei ze Stanisławem Tymem. Tym, poprzez znajomość z Fedorowiczem poprosił reżysera o jakąkolwiek rolę. Dostał ręce, które w czołówce przystawiają pieczątki na obrazach :) W kolejnych filmach współpraca obu panów Stanisławów ulegnie znacznemu zacieśnieniu.
Podczas kolaudacji zarzucanio reżyserowi niespójność fabuły, rozbitej na szereg epizodów i konfrontacji Stanisława/Marysi z nieznośną rzeczywistością. Nie wiedzieli oni, że właśnie są świadkami narodzin - nie, nie nowej świeckiej tradycji - lecz specyficznego stylu reżysera, który rozwinięty, doprowadzi Stanisława Bareję na szczyty popularności.

Źródło: http://www.film.org.pl

poniedziałek, 7 marca 2016

Co mi zrobisz jak mnie złapiesz


Drugi film z wielkiej trylogii Barei i Tyma. Obaj panowie (już pogodzeni) zaserwowali widzom podróż w jeszcze głębsze pokłady niekończącego się absurdu Polski Ludowej, epoki późnego Gierka. Bohaterem (a raczej antybohaterem) filmu jest prominent, dyrektor "Pol-Pimu" Tadeusz Krzakoski. Pewnego dnia wszystko wali mu się na głowę z powodu Danusi, której nieopatrznie zrobił dziecko podczas paryskiej delegacji. Obiecując ożenek z ciężarnym (i skoligaconym z "górą") nieszczęściem, musi za namową asystenta Dudały, rozwieść się ze swoją atrakcyjną żoną, Anną (Krzysztof Kowalewski i Ewa Wiśniewska - małżeństwo na ekranie i w życiu prywatnym). Aby zrzucić winę rozwodową na Annę, Krzakoski wynajmuje swego dawnego kolegę Romana Ferde, by ten zdobył fotograficzne dowody rzekomej niewierności małżonki. Ferde dwoi się i troi a finał jego poszukiwań jest zgoła nieoczekiwany...


"Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" to już Bareja w najczystszej, "misiowej" formie. W zasadzie główna oś fabuły, jakkolwiek sprawnie napisana, łącząca wiele wątków i pewnie zmierzająca ku zaskakującemu finałowi, spada na drugi plan, dając pole wątkom pobocznym, pełnym soczystych epizodów, genialnych mikroscenek i wyjątkowo zjadliwego humoru. Bareja i Tym, idąc tropem konstrukcyjnym "Bruneta wieczorową porą", poszli na całość. Konsekwentnie mieszając główny wątek z komediowymi epizodami, można początkowo odnieść wrażenie chaotyczności, gdy zmagania Krzakoskiego, Dudały i Ferde, nagle na kilka minut zostają przerwane zupełnie inną sekwencją, która dopiero pod koniec okazuje się mieć jakikolwiek element wspólny z fabułą filmu. M.in. to właśnie było przyczyną wyjątkowej niechęci komisji kolaudacyjnej (a za strony ówczesnego wiceministra kultury Janusza Wilhelmiego, nawet obrzydzenia), zatwierdzającej film do realizacji a później do rozpowszechniania. Jak wspomina Stanisław Tym, "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz", był najbardziej pociętym i zmasakrowanym przez cenzurę ze wszystkich filmów Stanisława Barei.
Dziś wysoko ceni się ten film właśnie dzięki owym scenkom komediowym, wplecionym w główną linię fabularną. Jak tu powstrzymać się od śmiechu, słysząc śmieszno-straszny rozkład dnia chłoporobotnika, który chwali sobie środki komunikacji, bo jeżdżąc do pracy "ma bardzo dobre połączenie" a "śniadania jada na kolację" ? Telewizyjny bełkot można usłyszeć w scenie, kiedy Roman Ferde zachwyca się pokojem hotelowym, a z odbiornika prezenter nadaje wyjątkowe bzdety o "ogólnym bilansie białka w głęboko zacofanej warstwie sanacyjnej rzeczywistości". Podczas wizyty Krzakoskiego w Paryżu, Mrugała opowiada o absurdach języka francuskiego ("- widzi pan ? słowa nie można zrozumieć... wariacki kraj, język idiotyczny !").
W tej samej scenie widać Stanisława Bareję, który oszczędnościowo zabrał ze sobą do Francji jak najmniejszą ekipę i sam, przywdziawszy perukę, musiał wcielić się w żonę sprzedawcy "lżejszych komputerków" ("- ty kończ tę rozmowę ! na ciebie sznycel oczekuje !"). Przytykiem do chorej komunistycznej rzeczywistości była sekwencja na budowie, kiedy ważna komisja tropi złodziei cegieł, co wywołuje szczere zdumienie szofera ("- a co tu kraść, jak wszystko pokradzione ?"). Boki można zrywać przy dylematach roboli, zawieszających na latarniach ulicznych zbyt długi transparent z napisem "uśmiech naszego dziecka, premią za trud wychowawczy" ("- ja bym wyciął "naszego"... no bo jak jest dziecko, to wiadomo, że musi być czyjeś !"). Inny robol rzuca na kupe piachu świeżo pomalowaną - na czerwono ! - klapę bagażnika do malucha, bo "tam jeden dyrektor kalendarze rozdaje", na zeszły rok zręsztą. Aby wejść na teren strzeżonego ośrodka wypoczynkowego, Roman Ferde przedstawia strażnikowi metkę z "przedmiotu rekreacyjnego, dmuchanego". Miłosne piosenki Daniela Olbrychskiego z "Małżeństwa z rozsądku", tu są obecne pod postacią "piosenki pana Koracza o zdrowiu".
Jak zwykle milicja dostała za swoje - funkcjonariusz, dowiedziawszy się, kim jest Danusia, zdążył zbesztać nieomal zabitego przez nią przechodnia ("- co tak na kamieniu siedzicie obywatelu ? wilka chcecie dostać ?") Lecz chyba najsłynniejszym gagiem w całym filmie jest scenka z Jerzym Duszyńskim w roli obrażonego klienta, któremu "kurczaka podaje sprzątaczka brudną ścierką". Riposta Janusza Gajosa w roli kierownika sklepu jest natychmiastowa : "od tego jest ścierka, żeby była brudna", a "podstawowe zasady higieny są takie, że jak się wchodzi, to się puka. A pan wchodzi bez pukania. Z brudną ścierką...". Ech, scena-perełka, o jakości i dowcipie, których próżno szukać we współczesnych polskich komediach.

Źródło: http://www.film.org.pl