Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zagraniczne filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zagraniczne filmy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2018

Wodne dzieci

Film ten opowiada o przygodach Toma, który był biednym ale dobrym chłopcem. Jego rodzice po urodzeniu porzucili go a więc dla wszystkich innych był Tomem Jakimś Tam. Przez całe swoje dzieciństwo pracował dla dwóch opryszków, zarabiając w ten sposób na chleb. Pewnego dnia złodzieje w przebraniu za kominiarzy planują obrobić dom należący do ludzi bogatych. W drodze do tego domu spotykają pewną starą kobiętę niosącą chrust.

Staruszka w starciu z nimi nie miała żadnych szans i znalazła się na ziemi. Tom, który szedł za nimi pomaga starszej kobiecie podnieść się. Za chwilę orientuje się że staruszki tej nie ma. Przy wejściu do domu drzwi otwiera im służąca. W kierunku Toma posyła tajemnicze mrugnięcie okiem. Tom zaczyna ten gest kojarzyć sobie z "tajemniczą głową" którą widział dzień wcześniej i która tak samo mrugnęła do niego.

Złodzieje tymczasem zaczynają plądrować dom. Tom dociera do pokoju dziewczynki Eli. Zaczynają ze sobą rozmawiać ale zza ściany dochodzą dziwne hałasy. Tom otwiera drzwi do sąsiedniego pokoju i widzi tam jednego ze swych "opiekunów" plądrujących mieszkanie. Niezadowolony złodziej rzuca w kierunku Toma worek a służącej która w chwilę potem wchodzi do mieszkania próbuje wmówić że to chłopiec próbował okraść a on mu przeszkodził. Chłopiec ucieka a za nim rusza pogoń. Tom dociera do stromego wodospadu, tam spotyka pewną piękną panią, która skinęła na niego głową tak jakby odczytała jego myśli i zezwoliła mu na to. Tom bierze psa i skacze w nurt wody. Tutaj zaczyna się sekwencja animowana.

Tom, który pierwszy raz znajduje się w wodzie od stworzeń tam znajdujących się uczy się pływać. Swój spryt i naukę pływania wkrótce może przetestować gdy przyjdzie mu się zmierzyć z bandą wydr. Pokonany herszt bandy odpowiada mu że jego problem mogą rozwiązać wodne dzieci. Tom udaje się w dalszą drogę i spotyka uwięzionego homara Jocka. Pomaga się mu wydostac a ten obiecuje chłopcu wskazać drogę do wodnych dzieci. Po drodze przyjaciele docierają do wraku statku w którym straszy. Postanawiają to zbadać. Strachy na lachy ?

 Nie, to straszy konik morski - Teofil, który również przyłącza się do Toma i Jocka. Cała trójka w poszukiwaniu wodnych dzieci wpada w pułapkę zastawioną przez rekina i węgorza. Pomaga im ryba piła, która muszkieterskimi wyczynaniami wyciąga przyjaciół z opresji. Wkrótce Tom i jego przyjaciele docierają do kryjówki wodnych dzieci. Dzieci, udzielają Tomowi wszelkich informacji i wskazują osobę mogącą pomóc Tomowi w wydostaniu się na ląd. Tom postanawia udać się następnego dnia ale nazajutrz wszystkie wodne dzieci zostały porwane i przetrzymywane przez rekina. Tom udaje się do władcy mórz - Posejdona. Ten zaś każe Tomowi dokonać dobrego wyboru. Chłopiec mając na uwadze wydostanie się na zewnątrz decyduje się pozostać i pomóc uwięzionym dzieciom. Dochodzi wkrótce do pojedynku Toma z rekinem w którym chłopiec wychodzi zwycięsko i uwalnia uwięzione dzieci. Posejdon zaś w zamian za dokonanie właściwego, dobrego wyboru uwalnia Toma i odsyła go na ziemię.

Chłopiec spotyka ponownie złodziejaszków, którzy nie zrażeni poprzednim fiaskiem zamierzają napaść jeszcze raz na ten sam dom. Tym razem Tom staje w obronie domowników i obezwładnia swoim sobie znanym sprytem złodziei. Na cześć Toma zostaje wydana uroczysta kolacja. Tom opowiada swoje przygody jakie spotkały go w wodzie ale nikt nie chce mu uwierzyć. Zdesperowany Tom bierze Elę nad znany sobie staw a głosy wydobywające się ze stawu przekonują Elę o prawdziwych opowieściach Toma.






sobota, 3 marca 2018

Wejście smoka




Raz na trzy lata na prywatnej wysepce Hana odbywa się turniej zawodników walk wschodnich. Do turniej zapraszani są światowej sławy mistrzowie karate. Wśród nich zaproszenie przyjmuje Lee - jeden z mnichów klasztoru Shaolin. Na zaproszenie Lee reaguje też rządowa agencja ds. zwalczania przestępczości, której udaje się nakłonić Lee do współpracy. Ma odszukać zaginioną agentkę a także znaleźć ślady przestępczej działalności Hana. Lee dowiaduje się również iż jeden z ochroniarzy Hana odpowiedzialny jest za śmierć jego siostry.

Rok 1978. Po pięciu latach od premiery film "Wejście smoka" pojawia się na przeglądzie Filmoteki Narodowej w warszawski kinie "Iluzjon". Efekt pojawienia się na polskim ekranie takiego filmu wzbudził takie zainteresowanie, że szturmujący owe kino widzowie powybijali szyby w drzwiach. Następny seans i kolejne szaleństwo odbyło się cztery lata później ... ale o tym za chwilę. Wróćmy na moment do filmu ....



Film "Wejście smoka" to dla Bruce'a, który chciał wypaść dobrze przed amerykańską publicznością było być albo nie być. Początkowe sceny były kręcone bez udziału mistrza, który pojawił się na planie w dwa tygodnie później od rozpoczęciu zdjęć. Zdenerwowany i zagubiony tą całą machiną filmową z czasem przełamał się i produkcja ruszyła z kopyta. Był obecny na planie przez 24 godziny na dobę. Ponieważ odpowiadał za choreografię wszystkich walk musiał zapoznać się z pracą kamer oraz rysować swoje wizje na papierze. Trudno byłoby stwierdzić co w tym filmie było naprawdę a co markowane. Prawdziwa np. była scena walki Lee z Oharrą, w której ochroniarz Hana próbował zaatakować Lee przy użyciu pęknietej butelki. Jak mówił odtwórca roli Oharry, na planie przez przypadek zranił Bruce'a kawałkiem szkła co spowodowało wściekłość mistrza i wyładowanie się na aktorze. Ten boczny kopniak, po którym Oharra wpadł na grupę zawodników obserwujących pojedynek był prawdziwy i ... musiał zaboleć.



wejscie smoka 04
Na planie filmu spotkało się dwóch mistrzów sztuk walki a mianowicie Bruce Lee i Bolo Yeung. Bruce zaproponował Yeungowi rolę najsilniejszego wojownika z ludzi Hana, co dziwne rola ta była niema. Przez cały film Bolo nie wypowiada ani słowa (no prawie - raz się odezwał dając sygnał do rozpoczęcia turnieju). Rola ta była dla niego dużym wyzwaniem i doświadczeniem. Bolo darzył dużym poważaniem Bruce'a a podczas zdjęć mistrzowie zaprzyjaźnili się ze sobą co owocowało spotykaniem się w późniejszych czasach i dyskutowaniem nad filozoficznymi aspektami kung-fu. Jednak scenariusz filmu nie przewidywał walki między Brucem a Bolo, który jak pamiętacie ginie z ręki ... a raczej z nogi kogoś innego (szybka śmierć). Rozczarowania nie krył tym Bolo a także widzowie, którzy spodziewali się że mimo widowiskowych walk jakie obejrzeli podczas trwania seansu zobaczą i tą ... jedyną w wykonaniu mistrzów sztuk walki. Mimo to pozostały archiwalne zdjęcia z planu na który panowie trenowali razem.
Także i Jackie Chan miał swoje pięć minut w tym filmie bowiem wtedy jako statysta stawiał swe kroki w najróżniejszych filmach. Nie inaczej było i w "Wejściu smoka" w którym widzowie twierdzą iż widzieli go dwa razy a sam Jackie mówił o trzech pojawieniach się na planie. Pierwsza - najbardziej widowiskowa aczkolwiek też i krótka jest oczywiście scena w podziemiach Hana, kiedy to Bruce łapie go za włosy by za chwilę skręcić mu kark. Innym razem możemy dostrzec go w scenie z udziałem goryli Hana i siostry Bruce'a. Ponoć Chan to ten co dostaje przy moście od dziewczyny w krocze. Trzecia obecność Jackiego to już wyjawił w wywiadzie sam zainteresowany kiedy przyznał iż był także jednym z kaskaderów, kiedy Lee uderza przeciwników mając dwa kije. Ponoć to uderzenie było prawdziwe (wypadek przy pracy). Wtedy to Lee natychmiast przeprosił Chana oraz podkreślił iż może pracować we wszystkich jego filmach. Niestety - na zapewnieniach się skończyło bowiem Bruce zmarł zanim mógł dotrzymać tej obietnicy.
Nieprawdziwa jest oczywiście pogłoska iż w filmie tym pojawia się Chuck Norris. Owszem Chuck zmierzył się w Lee ale to było w "Drodze smoka" gdzie w finałowej scenie obydwaj panowie stoczyli ze sobą walkę.
Ciekawostką jest fakt iż scena początkowa z otwierającą walką pomiędzy Brucem Lee, a Sammo Hungiem została nakręcona już po ukończeniu zdjęć do filmu na specjalne życzenie Bruce'a a scena z gilotyną i kotem to była ostatnia nakręcona scena z udziałem Johna Saxona. Tego samego Johna, który z kin klasy B trafił do takiego filmu i którego nazwisko w czołówce jest przed Brucem Lee. Dlaczego? Ano dlatego, iż nie do pomyślenia było iż nazwisko azjaty w amerykańskich filmach pojawiało się pierwsze. Stąd taka decyzja ale wiadomo iż król był tylko jeden ...
Warto też zwrócić uwagę na muzykę, którą skomponował Lalo Schifrin a która przyniosła mu w pewien sposób nieśmiertelność. Kompozytor bowiem połączył ze sobą dwa światy: Zachodu (reprezentującego popową, jazzująco-funkową muzykę) ze Wschodem (reperezentującego etniczne intstrumentarium). Najbardziej rozpoznawalnym z utworów muzycznych jest oczywiście ścieżka otwierająca film. Nie do przebicia z zastosowaniem gitary funkowej i organów Hammonda połączonych z dęciakami i szybkimi smyczkami. Tego nie można opisać a słuchac można cały czas.

Ale wróćmy do premiery filmu w Polsce, który na nasze ekrany wszedł w 1982 roku. Były to jeszcze okres stanu wojennego ale to nie przeszkadzało zapewnić rozrywkę ludności odwracając uwagę od życia codziennego. Władza widocznie chciała odciągnąć móodzież od tego co się dzieje na ulicach. Nie chciała by uczestniczyła ona w demonstracjach i starciach z ZOMO. I to się udało. Wprowadzenie takiego filmu nie obyło się bez echa. Jak burza zdominował wszystkie kina, pod którymi ustawiały się kolejki, znacznie dłuższe niż po deficytowe artykuły. Chociaż film był dozwolony od 18 lat to nie przeszkadzało to uczniom starszych klas podstawówki, którzy i tak w jakiś sposób dostawali się na seans. Co miał zrobić bileter jak średnia przed wejściem na sale wynosiła maksymalnie 16 lat? :) Jeden z internautów wspomina iż seanse na ten film były w jego mieście już od 10 rano co wcześniej się nie zdarzało a momentami to dostawiane były krzesła bo był i tak komplet widzów na tym filmie. Wystarczyło pół roku i film ten obejrzało już 6 milionów widzów. Rekordzista ponoć obejrzał ten film 50 razy a na 51 seans dostał bilet za darmo :)

Film filmem a życie życiem ... po kilku dniach na podwórkach zaczęły dominować wschodnie sztuki walki. Wzrosła liczba bijatyk a połamany kij od szczotki lub pałka i łańcuch od roweru lub linką służył za nunchako. Nunchako, które nieraz robiło sie po cichaczu na lekcja ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne). Jednak próba wykorzystania go na koledze bądź nieudolna próba walki kopanej kończyła się niejednokrotnie wizytą napastnika u ortopedy. Także i buty w których chodził Bruce sprzedwałay sie natychmiast i nikt nie przejmował się, że po miesiącu można było je wyrzucić na śmietnik. Ważne było to by się w nich chodziło.
Nie mniej jednak w większości domów zagościły plakaty z podobizną Bruca Lee, które były nagminnie zamieszczane przez wszystkie kolorowe czasopisma.

W sumie na film ten sprzedano podobnież 17 milionów biletów, który go uplasował na drugim miejscu w gatunku sprzedaży biletów na film zagraniczny (pierwsze miejsce przypadło Winnetou a trzecie Klasztorowi Shaolin).
Wprowadzenie tego filmu zapoczątkowało również zapotrzebowanie na wiedzę o wschodnich sztukach walki. Jak grzyby po deszczu powstawały takie szkółki do których tak samo jak i do kin waliły tłumy.
W 2004 roku film został dodany przez National Film Preservation Board do listy filmów National Film Registry tworzących dziedzictwo kulturalne Stanów Zjednoczonych do przechowywania w Bibliotece Kongresu Stanów Zjednoczonych.
Na bazie filmu "Wejście smoka" pojawił się Franek Kimono. Ta fikcyjna postać wykreowana przez niesamowitego Piotra Fronczewskiego ubrana w białe kimono parodiowała styl disco a jego piosenkę "Ja jestem king Bruce Lee karatę mistrz" znał chyba w tych czasach każdy.

Mimo iż powstało już do tej pory setki filmów o tematyce wschodnich sztuk walki to "Wejście smoka" dostarcza nam za każdym razem niezapomnianych wrażeń. Mimo, że znamy wszystkie sceny na pamięć to i tak będziemy oglądać to bez znudzenia. To oczywiście za sprawą niesamowitych pojedynków, które jak trzeba wiedzieć w tamtych czasach zostały wykonane w realu, bez wspomagania sztuczkami komputerowymi. Oglądając film możemy podziwiać walki Bruce'a Lee a także innych mistrzów, którzy prędzej czy później też zobaczymy w innych filmach. A są nimi m.in: Bolo Yeung, Jim Kelly, Sammo-Hung Kam-Bo.

czwartek, 8 czerwca 2017

Wielka draka w chinskiej dzielnicy





Jack Burton to taki Indiana Jones, którego wszystko przerasta. Żyje dniem dzisiejszym i nie patyczkuje się czy go otaczają potwory, niezniszczalni ludzie czy nawet upiory. A z takimi przyjdzie mu się zmagać gdyż razem ze swym "wspólnikiem" - Wang Chi, wkraczają do Chinatown a raczej na ich tyły i stają się świadkami bitwy dwóch gangów a następnie pojawienia się złowieszczego Lo Pana, który jak się okazuje jest czarownikiem uwięzionym w ciele kilkusetletniego starca. Ów starzec by odczynić klątwę potrzebuje kobiety o zielonych oczach. Kobietą o zielonych oczach jest narzeczona "wspólnika" Burtona. Obydwaj wkrótce ruszają do podziemi Chinatown by poruszyć niebo i ziemię i odzyskać to co im się należy.


Reżyser filmu, John Carpenter nie ukrywał zamiłowania do westernu i szczerze powiedziawszy pierwszy scenariusz "Wielkiej draki" przenosił nas w czasy dzikiego zachodu. Pomysł upadł ale coś z dzikiego zachodu zostało bo w filmie mamy masę różnych bijatyk oraz salw zarówno z broni jak i salw ... śmiechu. Tym razem do scenariusza reżyser dodaje trochę magii i to chińskiej czarnej magii. Niestety, jak wieść niesie ta sama magia ma się pojawić w innym filmie - a mianowicie w "Złotym dziecku". Nie chcąc zbytniej klapy reżyser przyspiesza pracę nad scenariuszem i nad realizacją filmu. To mu się udaje bowiem "Wielka draka w chińskiej dzielnicy" swoją premierę ma w lipcu "Złote dziecko" zaś debiutuje w grudniu 1986 roku (pięć miesięcy później).


Kolejnym problemem było obsadzenie głównych ról. O ile w "Złotym dziecku" nie było z tym problemu bo główną rolę miał zagrać Eddie Murphy o tyle w filmie Carpentera zaczęły się schody. Początkowo główną rolę mieli zagrać albo Clint Eastwood albo Jack Nicholson jednak ze względu na terminy w innych filmach odmówili udziału. Później przyszła kolej na Kurta Russella, który jednak początkowo nie był zainteresowany scenariuszem gdyż nie określał on wyrazistości postaci Jacka Burtona. Po długiejj rozmowie z reżyserem i kilkukrotnym przeczytaniu scenariusza oraz wprowadzeniu zmian zmienił zdanie. Uznał, iż jego bohater nie jest aż tak do końca bohaterem bo jest zbyt pewny siebie i nie jest aż tak do końca doskonały. To taki Indiana Jones, którego wszystko przerosło :) Kurt Russel przez dwa miesiące przed rozpoczęciem zdjęć zaczął chodzić na siłownie oraz uprawiał biegi by złapać odpowiednią sylwetkę. Brał również lekcje sztuk walki.

Jednak postać grana przez Russela pomimo swojej postawy i odwagi jest mocno nieudolna. Mimo najszczerszych chęci i zgrywania twardziela, nie wszystko mu dobrze wychodzi. Nie wiadomo właściwie jaka była rola Jacka Burtona (poza tym czym wsławił się w finale) stąd też początkowa scena w której to Egg Shen rozmawia ze swoim prawnikiem.
Egg Shen: "Niech Pan zostawi Jacka Burtona w spokoju. Jesteśmy jego dłużnikami. Wykazał wielką odwagę."
Warto jeszcze dodać iż Carpenter chciał by rola Wang Chi została zagrana przez Jackie Chana jednak tamten, znudzony graniem w amerykańskich filmach zrezygnował z udziału. Szkoda. Sceny walk mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.

Sama premiera w Stanach Zjednoczonych nie powaliła publiki. Zaczęto krytykować film że kosztem efektów specjalnych i akcji ucierpiała fabuła filmu. Na efekty specjalne wydano około 2 milionów dolarów, troszkę tego tam było ... najwięcej problemów sprawiła ekipie filmowej latająca głowa czyli szpieg Lo Pana. Była ona obsługiwana przez dziesiątki lalkarzy oraz tyle samo kabli odpowiedzialnych za jej mimikę. Sam film zarobił w Ameryce 11 milionów dolarów. Jednak, kiedy dotarł do Polski nikt z nas nie przejmował się kiepskim scenariuszem. Pochłaniając w Polsce amerykańskie produkcje chodziliśmy na ten film po kilka razy. Zubożały scenariusz nie był dla nas żadną przeszkodą - sale były przeważnie pełne i wszyscy bawiliśmy się razem całkiem dobrze.


piątek, 21 kwietnia 2017

Gang Olsena


Gang Olsena (Olsen-banden) to seria czternastu duńskich, kryminalnych komedii filmowych, opowiadających o fikcyjnym duńskim gangu sympatycznych przestępców-nieudaczników. Większość filmów, które nakręcono w latach 1969 - 1998 rozpoczyna się niezapomnianą sceną opuszczania więzienia przez szefa gangu Egona Olsena, który z prawdziwą dumą informuje oczekującym go współpracowników o kolejnym ambitnym genialnym planie, mający przynieść upragnione miliony i emeryturę na Majorce. Koronkowo przygotowane skoki prawie zawsze kończą się klapą i powrotem Olsena do zakładu penitencjarnego w Kopenhadze. Trzynaście pierwszych odcinków serialu wyreżyserował Erik Balling. Po siedemnastu latach przerwy w 1998 roku nakręcono ostatni, czternasty odcinek, który reżyserowali: Tom Hedegaard i Morten Arnfred. Podczas realizacji zdjęć zmarł nagle Poul Bundgaard (czerwiec 1998) grający rolę, Kjelda Jensena. Ostatni odcinek Gangu Olsena został zrealizowany bez udziału filmowej żony Kjelda - Yvonne Jensen (Kirsten Walther), która w lutym 1987 roku zginęła wraz ze swoim mężem w wypadku samochodowym.

Nieodłącznym elementem serialu są policjanci, którzy depczą Gangowi Olsena po piętach. Na pierwszy plan wysuwają się nieporadni detektywi/inspektorzy Mortensen (Peter Steen), Jensen (Axel Strobye) i Holm (Ole Ernst).

Cztery główne role serialu Gang Olsena:

Egon Olsen (Ove Sprogoe) - mózg gangu, niewysoki, dystyngowany w wyglądzie, z nierozłącznym melonikiem i cygarem, słynie z genialnych planów. Specjalizuje się w otwieraniu sejfów produkcji Franza Jägera z Berlina.

Benny Frandsen (Morten Grunwald) - kierowca gangu, często się śmieje, kobieciarz; posiada dziwny krzywy wihajster, dzięki któremu otwiera drzwi, wygrywa na jednorękim bandycie, wyciąga drobne z automatu z papierosami itp. Benny często używa słów Skide godt – „Klawo jak cholera”

Kjeld Jensen (Poul Bundgaard) - bojący się krzykliwej żony tęgi członek gangu w okularach, nieustannie przestraszony sytuacją, w jakiej się znalazł. Kjeld nigdy nie rozstawał się ze swoją torbą lekarską, w której nosił narzędzia potrzebne do kolejnych włamań. Wśród przedmiotów zgadujących się w torbie Kjelda były m.in. stetoskop, talk i rękawiczki Egona, który używał ich do otwierania sejfów Franza Jagera z Berlina.

Borge Jensen (Jes Holtso ) - rezolutny i bardzo pojętny syn Kjelda i Yvonne, który został wykorzystany przez gang w kilku skokach.

Yvonne Jensen (Kirsten Walther) - niezapomniana żona Kjelda, która skutecznie wyprowadzała z równowagi planującego nowe napady Egona.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Gwiazdkowy prezent


Gdy byliśmy małymi dziećmi, wielu z nas być może zastanawiało się, co też porabiają nasze lalki i pluszaki, gdy nikogo z nas nie ma w pobliżu. O tym właśnie opowiada bożonarodzeniowy film telewizyjny z roku 1986 pt. "Gwiazdkowy prezent" (The Christmas Toy) wyprodukowany przez studio Jima Hensona.


W domu państwa Jones nadszedł czas świąt. Najmłodsze latorośle - Zosia i Adaś (Jamie i Jesse w oryginalnej, angielskiej wersji językowej) niecierpliwie oczekują na prezenty od Świętego Mikołaja. Ale gdy zamkną się drzwi dziecięcego pokoju, zabawki zaczynają żyć własnym życiem. Muszą jednak być ostrożne, gdyż przyłapane przez ludzi poza swoim miejscem "zapadają w sen" i zamierają w bezruchu na zawsze. Koń Belmont przynosi swym pobratymcom nowinę - w domu pojawiła się choinka! Zabawki wpadają w ferwor świątecznych przygotowań na przybycie nowych "gości". Tylko ulubiona maskotka Zosi, egocentryczny pluszowy tygrysek Rugby, który był zeszłorocznym prezentem, nie do końca rozumie, na czym polegają święta. Wydaje mu się, że wystarczy wskoczyć do pudełka, aby zostać rozpakowanym na nowo.


I choć lalka Ania (którą to tygrysek właśnie zastąpił w roli ukochanej zabawki) próbuje przemówić mu do rozumu, ten wymyka się z pokoju i podejmuje lekkomyślną eskapadę pod drzewko. Towarzyszy mu Mimi, zabawka kota państwa Jones. Za nimi wyrusza akcja ratunkowa. Nieodpowiedzialny tygrys uwalnia z pudełka nową zabawkę – lalkę Meteorę, królową asteroidów. Bohaterowie muszą doprowadzić wszystko do porządku i wrócić niezauważeni na czas do dziecięcego pokoju.

 

Chociaż trudno w to uwierzyć, ta opowieść powstała dzięki sponsoringowi… koncernu spożywczego Kraft Foods, a oryginalnej emisji towarzyszyły reklamy produktów tejże sieci. Być może film podzieliłby los wielu zrobionych na kolanie produkcji klasy B, gdyby realizacji projektu nie powierzono studiu Jima Hensona, twórcy Muppet Show. Postacie zabawek wprawili w ruch i obdarzyli głosem w oryginalnej wersji językowej artyści znani z ról Muppetów i Fraglesów, jak na przykład Dave Goelz (Rugby) czyli Gonzo, Kathryn Mullen (Ania), czyli Fragles Mokey czy też zmarły w 1992 Richard Hunt (koń Belmont), czyli Scooter. No i oczywiście sam Henson, który użyczył głosu otwierającemu i zamykającemu film żabie Kermitowi.



Znane z profesjonalizmu studio i tu nie zawiodło. Oprócz głównych postaci także każdy z drugo- i trzecioplanowych bohaterów posiada jakiś wyróżnik i charakterystyczną cechę – jak roztrzepany Pierrot, poważny stary, wyleniały miś czy wiecznie przebierająca w strojach, wzorowana zapewne na Barbie lalka. Niektóre z nich pojawiają się na ekranie zaledwie na kilka minut (bądź sekund), ale dzięki temu czuć, że rezydenci pokoju dziecięcego naprawdę tworzą żywą społeczność.
Za historię odpowiadają scenarzystka Laura Philips i reżyser Eric Till, muzykę skomponował Jeff Moss. I to właśnie dzięki ich wyobraźni udało się nakręcić film, który oddaje świetnie atmosferę oczekiwania na Święta, pobudza uczucie nostalgii i sentymentu do lat dzieciństwa, a nade wszystko przypomina – choć w filmie brak wątków stricte religijnych – co tak naprawdę w te dni jest najważniejsze. Bo gdy Mimi zostaje nakryta przez ludzi i "zapada w sen", Rugby zdaje sobie sprawę jak samolubnym zachowaniem naraził na ryzyko swoich przyjaciół. Ale przecież Święta to magiczny czas. Przyjaźń wygrywa z egoizmem, dawanie okazuje się ważniejsze od brania, miłość zwycięża śmierć. Nawet zamarłe zabawki mogą wrócić do życia. W końcu Boże Narodzenie to czas cudów. Warto także wspomnieć, że program zdobył nominację do prestiżowej nagrody Emmy. Na kanwie "Gwiazdkowego prezentu" powstał również 13-odcinkowy serial "Sekretne życie zabawek" (The Secret Life of Toys).

Polska wersja językowa w niczym nie ustępowała tej oryginalnej dzięki świetnym dialogom Joanny Klimkiewicz. Całość wyreżyserował Krzysztof Szuster, zaś sprawca całego zamieszania, czyli tygrysek Rugby przemówił głosem Krzysztofa Krupińskiego. Nasza telewizja po raz pierwszy pokazała "Gwiazdkowy prezent" jako wieczorynkę w wigilijny wieczór 24 grudnia 1987r. W następnych latach film kilka razy wracał okazyjnie na antenę w sezonie gwiazdkowym, by w końcu wypaść ze świątecznej ramówki – oby nie na zawsze.

źródło: http://muppet.wikia.com 
http://www.nostalgia.pl 

wtorek, 26 lipca 2016

Klasztor Shaolin

"Pamiętam jak stałem w kolejce 2 godziny po bilet........." (wpis z forum na Filmwebie)
"Do kina w latach 80 .......... chodziłem jeszcze wtedy do podstawówki .............. Bruce Lee wymięka przy tych łysych gostkach............."
"Ten film, to była czysta magia :)"

 Film "Klasztor Shaolin" został wyprodukowany w Hongkongu, ale przy współpracy Chińskiej Republiki Ludowej.
W filmie tym wykorzystano legendę z VII wieku o uratowaniu świątyni i cesarza Li Shi Mina z dynastii T'ang przez trzynastu mnichów.

Młody chłopak imieniem Chieh Yuan, który zna już podstawy kung-fu za sprawą swego ojca - mistrza sztuk walki, został wzięty do niewoli przez zbuntowanego generała, który ogłosił się Imperatorem. Ciężko rannemu chłopakowi udaje się uciec, lecz jego ojciec ginie. Wycieńczony Chieh Yuan trafia do Klasztoru Shaolin, gdzie postanawia nauczyć się kung-fu i pomścić śmierć ojca.
Wykonawcy głównych ról nie są aktorami a mistrzami walki stąd i sama akcja filmu jest tylko pretekstem do pokazania w najefektowniejszy sposób umiejętności walczących. Oprócz rozmaitych stylów walki (łącznie ze stylem pijanego) obserwujemy także rozmaity oręż jakimi posługują się bohaterowie m.in. włócznie, miecze, pięści. Poza walkami mamy krótkie przerywniki romantyczne oraz śmieszne epizody jak np. polowanie na żabę które dają chwilowy odpoczynek przed kolejnymi scenami walk.

                                  Wino i mięso nie krzywdzi kiedy masz Buddę w sercu...
Film ten to nie tylko walki ale również zdjęcia prawdziwego klasztoru Shaolin. Mogliśmy wtedy podziwiać po raz pierwszy Salę Tysiąca Posągów Buddy, wykutą w skale salę Chuan Po gdzie ściany pokryte są malowidłami ilustrującymi tajniki sztuk walki wu-szu oraz "Las Pagód" czyli cmentarzysko mnichów.

Warto zwrócić też uwagę na głównego bohatera, który chciał zostać mnichem i chciał uczyć się kung fu by pomścić ojca. To Li Lien-cie. W chwili kręcenia tego filmu miał 18 lat i był pięciokrotnym mistrzem ogólnokrajowym w dziedzinie wu-szu. Zaczął ćwiczyć jako ośmiolatek. Po "Klasztorze Shaolin" Li Lien-cie przybrał imię Jet Li. Brzmi znajomo, co? Podczas oglądania filmu możemy podziwiać jego kunszt znajomości sztuk walki, kiedy na tle różnych pór roku daje swój pokaz wiedzy na temat wu-szu.


klasztor shaolin 04
Wersja "Klasztoru Shaolin", która krąży w internecie jest z lekka wersją okrojoną. Okrojoną ze wstępu ... Pamiętacie. Wyświetlany w kinach film miał na początku wstęp, który przedstawiał uczniów kung-fu pokazujących swoje umiejętności na macie. Lektor nas wprowadzał w temat o kung-fu a potem były migawki z samego klasztoru gdzie dowiedzieliśmy się o czym był ten film. Dopiero potem mogliśmy zobaczyć czołówkę z piosenką, która pewnie niektórym zapadła w pamięci. Sama zresztą muzyka też nie była rewelacyjna - stonowana i spokojna, typowo na chińską nutę :) Tylko mogliby sobie darować ten rzeź kóz. Jak na tamte czasy to nie była zbyt przyjemna scena.

 Źródło: http://www.nostalgia.pl

poniedziałek, 15 lutego 2016

Godzilla




Na trzydziestolecie serii Toho wraca do Godzilli. Film nazywany był różnie, różniście, a to „Powrót Godzilli”, a to „Godzilla 1985” (bo w USA ukazał się nieco później, głównie dlatego że tradycyjnie musieli dorobić swoje dokrętki), dodawano podtytuł „The Legend is reborn”. Dlaczego? Oryginalny tytuł brzmi po prostu „Gojira”, czyli „Godzilla” i już, po co to zmieniać i mieszać? Chyba mam odpowiedź na to pytanie.

Pierwsze, co się nasuwa, to oczywiście chęć odróżnienia pierwszego filmu od najnowszej odsłony.

Spodziewałem się, że pierwszy film serii zwanej jako „Heisei” będzie rebootem całej serii, ale nie do końca tak jest. Otóż jest to reboot, ale przekreślający wszystko, co wydarzyło się po „Godzilla kontratakuje”. Wielu twierdzi, że i ten kontratak także jest skreślony, ale mamy tu drobne przesłanki świadczące o tym, że jest inaczej. Wracając do tytułu – zapewne nikt nie chciał wprowadzać widza w błąd. Ja też dałem się wymanewrować, a gdybym miał wybierać najlepszą opcję, wybrałbym jednak „Powrót Godzilli”. Był kontratak, był rewanż, ale powrotu jeszcze nie było.

Dlaczego uważam, że „Godzilla” z 1984 roku to „trójka”? Po pierwsze – Godzilla zostaje uwolniony przez wybuch wulkanu. Jak i gdzie został uwięziony? Patrz: finał części drugiej. Ponadto w mieszkaniach widzimy w tle miniaturowy szkielet tyranozaura, który jest oczkiem puszczonym do widza. Nieco później widzimy szkielet stegozaura albo inne ustrojstwo będące inspiracją dla Angilasa, znanego nam z „dwójki”. Gdyby fabuła miała miejsce po wydarzeniach znanych z „jedynki”, z pewnością musiałoby paść nieco więcej pytań związanych z jej zakończeniem.


Fabuła kręci się tutaj bardzo ciasno wokół Godzilli, rzadko zbaczając w kierunku czegoś na kształt romansu. Nawet wątki polityczne wyraźnie i nierozerwalnie związane są z Godzillą.

Przesłanie filmu nawiązuje do pierwszej odsłony, ale umieszczone zostaje w zupełnie innym kontekście. „Król potworów” ukazał się w okresie, w którym kurz jeszcze na dobre nie opadł po wydarzeniach z drugiej wojny światowej, a strach Japończyków przed bombą atomową był wciąż aktualny i żywy. „Godzilla” z 1984 umaczany jest zaś w sosie zimnej wojny, staje się personifikacją bomby atomowej, która wybucha w obliczu tak napiętej sytuacji międzynarodowej. Prawdziwy wybuch atomowy też będziemy mogli tu zobaczyć.

Tak silne skupianie się na głównym wątku mimo wszystko nie nudzi przez godzinę i czterdzieści minut. Na początku mamy nawet nieźle budowane napięcie zepsute tylko przez dość szczegółową fotkę potwora. Gdybyśmy na samym początku zobaczyli jedynie ów sfotografowany cień, byłoby znacznie ciekawiej. Kiedy potwór się już pojawia, zajmuje większość czasu ekranowego. I większą część ekranu także. Nic dziwnego, naukowcy szacują jego długość na około 80 metrów.

Kostium i model Godzilli w porównaniu do poprzednich odsłon wygląda po prostu rewelacyjnie i zjawiskowo, co autorzy zdają się wiedzieć doskonale. Nie boją się zbliżeń, dalszych planów i pokazywania potwora pod każdym możliwym kątem. Owszem, oczy wciąż ma komiksowe, kły wampirze, niektóre ujęcia wyszły dość dziwnie, na innych widać perfidnego zeza rozbieżnego, ale ogólnego wizerunku to nie psuje. Potwór porusza wargami, rozwiera gębę, mruga, węszy, ma cały zestaw skomplikowanych ruchów. Porusza się dość ciekawie, choć nieraz widoczne jest nienaturalne gibanie się głowy na boki. Muszę przyznać, że szczegółowość modeli i kostiumów zrobiła na mnie duże wrażenie. Nie spodziewałem się, że tą techniką można osiągnąć tak dobry efekt. Wciąż podoba mi się to bardziej niż efekty generowane komputerowo.


Zainwestowano tym razem w rzeczywisty sprzęt, a na ekranie można zobaczyć sporą liczbę statystów. Wartość produkcyjna tego filmu stanęła na znacznie wyższym poziomie niż poprzednie odsłony.

Podrasowano także ryk Godzilli, którego brzmienie nadal przypomina oryginał, ale jest nieco inne, jakby bardziej basowe i bliższe rzeczywistości. Muzyka ogólnie sprawia pozytywne wrażenie, choć czuć lata osiemdziesiąte (za którymi nie przepadam). A melodia towarzysząca pojawianiu się broni „Super X” (ależ kreatywnie nazwana, prawda? Cóż, naukowcy to nie poeci) ma fragment łudząco przypominający muzykę z „Gwiezdnych wojen”. To dość ciekawe porównanie, szczególnie w kontekście bezpośrednich nawiązań do amerykańskiego SDI, znanego także właśnie jako projekt „Gwiezdne wojny”.

„Godzilla” zdecydowanie nie jest filmem kierowanym do najmłodszych, jak to miało miejsce niegdyś. Te dzieci, które fascynowały się serią w latach siedemdziesiątych są już nastolatkami albo dorosłymi, zaś fani pierwszych odsłon to już stare pryki. Wiadomo było, że to właśnie oni w pierwszej kolejności popędzą do kin i to jest film dla nich.

Już na początku widzimy kilka makabrycznych scen i jakiegoś przerośniętego potworka inspirowanego chyba serią o Obcym. Pierwotnie myślałem, że to „Syn Godzilli” (wciąż ładniejszy od Minyi), ale później dowiedziałem się, że to tylko jakaś przerośnięta pijawka (właściwie to Caligdae, cokolwiek to jest - przyp. red.), która zmutowała pod wpływem promieniowania Godzilli. Ludzie giną. Krew już nie sika, ale się pojawia. Co ciekawe, Godzilla w pewnym momencie „krwawi” żółtą cieczą z pyska. Dziwne, kiedyś zwykł sikać krwią.

Potwór nie jest już obrońcą ludzkości, ponownie jest niszczycielem i tym razem jedynym jego przeciwnikiem są ludzie. Na początku jeszcze jest to tylko dziwne zwierzę, które szuka źródeł pożywienia. A że żywi się radioaktywnością… cóż, gdzie znajdzie jej więcej niż u ludzi? Zjada atomową łódź podwodną, podjada w elektrowni i … odchodzi w pogoni za ptaszkami. Zupełnie, jak małe dziecko krzyczące „Oooo, motylek”. Do tego wydarzenia dorobiono nawet jakieś uzasadnienie i wyciągnięto wnioski, ale motyw z magnetyzmem wyglądał na naciągany. Do pewnego momentu zatem mamy wielkiego zwierzaka, a później… Godzilla postanawia zaatakować Tokio. Dlaczego? Nie dostajemy odpowiedzi, ot po prostu, dla zabawy chyba. Co ciekawe, na miejscu wszelkie zniszczenia budynków wychodzą mu zawsze przypadkowo.

Wątek ludzki jakiś tam się zawiązuje. Mamy dziennikarza, który próbuje ujawnić powrót Godzilli (a gdy mu się udaje, dwójka postaci obraża się na niego nie do końca wiadomo z jakiego powodu – ot, nawiązanie do stereotypu złego pracoholika - dziennikarza). Mamy ocalałego świadka powrotu Godzilli i jego siostrę żyjącą w nieświadomości o „ocalałości” swojego brata. Hmm, czy kogoś, kto wiele przeżył można nazwać przeżytkiem? Mamy też przywódców Japonii, USA i Rosji, wszystkich w rozterce i z kwaśnymi minami. Znalazło się nawet miejsce na mały wątek humorystyczny. Jest to dość luźne zbiorowisko okołogodzillowych wydarzeń, czasem udowadniających ludzką głupotę, innym razem mądrość i podskórne dążenie do pokoju na świecie.


Masy ludzkie są zaś głupie doszczętnie. Przy zarządzeniu ewakuacji miasta i ew. ukrywaniu się w podziemiach metra większość mimo wszystko woli wyjść i popatrzeć na walkę Super X z Godzillą. W każdej chwili potwór może ich zabić albo zabić może ich bomba atomowa, ale co tam, chodźmy zobaczyć Godzillę. A potem zdziwienie, panika i śmierć.

Zdziwiła mnie scena, w której helikopter ratuje z walącego się budynku dwie osoby, a dwie zostawia na pastwę losu i odlatuje. Możemy się domyślać, że może było za mało miejsca, może było to zbyt niebezpieczne, ale gotowego wyjaśnienia nie zobaczymy.

Głupoty nie ustrzegł się także potwór, którego zwierzęce zachowania jestem w stanie zrozumieć, ale pędzenie za odgłosami ptaków niczym ćma do światła jest już przesadą. Godzilla nie patrzy dokąd idzie, co stoi na drodze, czy grozi mu tam jakieś niebezpieczeństwo, zero instynktu samozachowawczego, po prostu „ptaaaaaszki”. Tak za ptaszkami gania, może jednak Godzilla to kobieta?

Muszę uznać reboot serii za udany, ale niestety głównie wizualnie. Wątki polityczne były nawet ciekawe. Miałem wrażenie, że cały film to ciągłe „O rany, o jeju, Godzilla nadchodzi, ooooo, nadszedł, zróbmy coś”. Ogląda się dobrze, wszystkie składniki są na miejscu, ale nie mogę powiedzieć, żebym był jakoś specjalnie zaintrygowany czy zainteresowany czymś ponad oprawę wizualną. Na koniec dostajemy tylko smutną piosenkę śpiewaną wyjątkowo po angielsku „Goodbye now Godzilla, Goodbye now, until then…”.

Godzilla kontra Mechagodzilla

Po kilku słabszych filmach z wieloma powtarzającymi się scenami na dwudziestolecie marki otrzymujemy całkiem niezłą perełkę pod niepozornym tytułem „Godzilla kontra Mechagodzilla”. Od początku widać, że tym razem autorzy postarali się o jakość i nawiązania do oryginału. A jednak, jak się chce, to można.

Muzyka jest świeżutka i wprowadza rewelacyjny nastrój. Bolączką będzie konieczność wysłuchania piosenki nowego potwora, który się tu pojawia, a jest nim niejaki King Seesar. Można uznać, że to swoiste nawiązanie do pieśni na część Mothry, ale de facto to tylko przydługi i męczący motyw. Zresztą, jak leniwym trzeba być potworem, żeby w obliczu wielkiego zagrożenia celem podjęcia jakiejkolwiek akcji kazać jeszcze zaśpiewać sobie piosenkę. Może ja też tak zrobię w pracy, nie wstanę rano z łóżka dopóki szef do mnie nie zadzwoni i nie zaśpiewa piosenki „Domowe przedszkole”.

Bardzo fajnie budowane jest tu napięcie, a całość akcji rozkłada się na cały film, a nie tylko na końcówkę (jak to bywało wcześniej). Walka między potworami przewidywana jest w kolejnych przepowiedniach. O pojawienie się King Seesara toczy się zacięty bój. Niemal do końca film potrafi wykorzystać nasze przyzwyczajenia z poprzednich odsłon i zaskoczyć nas nieco innym, nie do końca oczywistym obrotem spraw. Zaskoczyć z lekka potrafi także dźwięk i montaż. Myślę, że każdy znajdzie tu scenę, w której choć trochę uśmiechnie się do siebie.


Troszkę niezrozumiałe wydaje mi się tylko pojawienie się przebłysku King Ghidory w wizji jednej z bohaterek na samym początku filmu. Wychodzi na to, że akcja wciąż ma miejsce przed „Zniszczyć wszystkie potwory”. A sama taka informacja będzie dla mnie spoilerem, bo wiem co się w tamtym filmie działo.

Zatem mamy na początku ukłon w kierunku pierwszych dwóch filmów z serii. Samo zakorzenienie Seesara i całej akcji w mitologii lokalnej także jest takim ukłonem. Wraca nawet Akihiko Hirata znany z wielu ról na przestrzeni serii, ale pamiętany głównie za rolę Serizawy z pierwszego filmu. Mamy też standardowy motyw kosmitów, którego w jubileuszowym Godzilli chyba zabraknąć po prostu nie mogło. Dość głupie wydało mi się to, że po zranieniu lub śmierci ujawnia się ich prawdziwa forma. W rzeczywistości są … gorylami? Czyżby inspiracja „Planetą małp”?

Mamy też gwiazdę wieczoru, czyli mechanicznego potwora skontruowanego przez kosmitów. Ochrzczono go szybko „Mechagodzilla” i w końcu jest to potwór stanowiący sensowne zagrożenie. Walki to już nie tylko dziwne gesty i przewalanki potworów. Poczułem się trochę jakbym oglądał Dragon Ball Z. Godzilla dostaje łupnia w pierwszej walce (co się zdarzało, owszem, choć nie zawsze) po czym ledwo przeżywszy wzmacnia się znacznie i w przedziwny sposób nabiera / uczy się nowej umiejętności (przy okazji po raz kolejny wykazując odporność na pioruny, które niegdyś były przecież jego słabym punktem). Jest to umiejętność… magnetyzmu. Chyba zaczynacie rozumieć porównanie do Dragon Balla – ładowanie energii i oddziaływanie magnetyzmem niczym energią ki, na odległość.

Mechagodzilla także pokazuje wiele ciekawych możliwości ofensywnych i defensywnych. Leje dwa potwory jednocześnie bez większego wysiłku, przynajmniej na początku. Smaczku dodaje bezpardonowe pokazywanie krwi potworów, która choć zbyt wiarygodnie nie wygląda, to robi wrażenie. Kilka scen jest po prostu brutalna – rozdzieranie szczęki, krew sikająca z szyi, makabra jakaś. A jednak, to ta sama makabra, która wzbudza zaciekawienie i emocje i pokazuje, że tym razem mamy do czynienia z przeciwnikiem, z którym nie ma żartów. Nie ma grania z piłę kamieniami, grożenia sobie dziwnymi gestami czy innych zbędnych ceregieli.

Zdjęcia wyglądają ładnie, czysto. Nie znalazłem scen z recyclingu, a jeśli takowe były, to dobrze zamaskowane. Po raz pierwszy też kamera potrafiła wykonać dynamiczne ruchy ukazujące walkę i pozycję potworów względem siebie.
Film nie ustrzegł się wad. Oczywiście, nie omieszkam poczepiać się trochę, jak to mam w zwyczaju.

O ile Godzilla i Mechagodzilla wyglądają fachowo, o tyle King Seesar zaprojektowany został co najmniej słabo. Sprawia wrażenie, jakby wyciągnięty został żywcem z filmu animowanego o Fraglesach. Zresztą na początku dostaje niezłego łupnia, później też nie pokazuje wiele i sprawia ogólne wrażenie pobocznego przydupasa Godzilli, co stoi nieco w konflikcie z całym zbudowanym wokół niego napięciem.

Dlaczego Godzilla próbuje ukręcić głowę Mechagodzilli? Chwilę wcześniej Mechagodzilla obraca głową do woli. Zatem próby wykręcenia głowy powinny być całkowicie bezskuteczne, a jednak tak się nie dzieje.

Nie latam samolotami, ale trochę niepokojące wydaje mi się, że w samolotach wolno im palić. Na myśl przyszło mi tylko „Panie, to ja uchylę okno, żeby trochę ten Pana dym wywietrzyć”. Tak powinien się zacząć serial „Lost”.

W dziesiątej minucie mamy krótkie przypomnienie tego, co widzieliśmy w pierwszej minucie. Nie lubię, gdy traktuje się mnie, jak debila. Wystarczy, że regularnie robię go sam z siebie.

Doktorek widząc potwora z metalu od razu nazywa go „Mechagodzillą”, a po raz pierwszy w życiu widząc nowy materiał od razu nazywa go „Space-titanium”. „Mechagodzillę” zrozumiem, ale skąd teoria, że materiał znaleziony w jaskini należałoby nazwać z przedrostkiem „space”? „Hah, nie widziałeś poprzednich filmów? Wiadomo, że jak czegoś nie wiadomo, to to pochodzi z kosmosu.”

Przycisk kosmitów do otwierania drzwi nie działa? Hah, zastosuj uniwersalny filmowy sposób. Strzel do niego – bo na pewno poczuje moc strzału i ugnie się pod siłą jego argumentów.

„Godzilla kontra Mechagodzilla” to upchany akcją, mniejszymi zwrotami akcji film typowo sensacyjny. Względem znacznie słabszych odsłon takich, jak „Godzilla kontra Megalon” ta odsłona może uchodzić za arcydzieło gatunku, ale w kontekście ogólnie pojętej kinematografii, a także zwykłego zadowolenia z seansu już tak wspaniale nie jest. Zabrakło sensownego przesłania, tych drobnych pseudofilozoficznych wstawek, które nadawały dodatkowy sens i kontekst do całej tej młóćki. Same zwroty akcji też nie są specjalnie wyszukane. Są, bawią, ale, jak to mówią, szału ni ma.

Ciężko go ocenić na przykład w kontekście innych dobrych filmów z serii i chyba nie będę się silił na takie porównania. Można się zatem sprzeczać czy był lepszy niż np. „Godzilla kontra Hedora”, spojrzeć na ocenę i zgodzić się lub nie zgodzić, ale tego typu porównania nie mają już większego sensu. To są po prostu inne filmy, choć pozornie tak bardzo do siebie podobne.

Mothra




W porównaniu do innych do tej pory recenzowanych przeze mnie kaijū-eiga (bo tak zwie się gatunek japońskich filmów o potworach) ten najmocniej skupiony jest na fabule i wątkach okołoludzkich. Potwór pojawia się bardzo późno i jest tylko motorem dla ludzi do rozwiązania pewnych problemów. Mosura, w przeciwieństwie np. do Godzilli czy Rodana, jest tutaj potworem bardziej pozytywnym.

Wyrusza ona na swego rodzaju misję ratunkową. A zniszczenie i pożoga przychodzi jej jakoś tak przy okazji. Co robi Mosura, jaka jest jej specjalność? Przede wszystkim – pływa, chodzi, lata. I gdy to robi, nie obchodzi jej nic, co staje jej na drodze. „Hej, ten ogromny budynek stoi przede mną, w sumie mogę go ominąć kawałek obok, ale co tam” – jebudu!



Wprawdzie ma to miejsce bardzo późno w fabule, ale nie będzie chyba spoilerem coś, co widać na wszystkich plakatach – Mosura wije kokon i wykluwa się z niego jako motyl. Zawsze kojarzyłem sobie tego potwora jako ćmę, ale tutaj jest to ewidentnie motyl. Przerośnięty. I co on robi? W sumie mniej niż Rodan, bo tylko lata i generuje silne wiatry. I w bliżej niesprecyzowany sposób niszczy tym budynki, mosty i inne przybytki. A wszystko to bezdotykowo.


Zatem sam potwór, oprócz mitologii wokół niego zbudowanej, do zbyt interesujących nie należy.

Wizualnie film prezentuje się bardzo dobrze. Można śmiało powiedzieć, że efekty są na poziomie porównywalnym z „Rodanem”, lecz jedna rzecz w „Motrze” stała kością w gardle w tej materii. W scenach, w których udział brały makiety czołgów i innych wojskowych maszyn, mogli sobie darować dokładanie żołnierzy. Te wychylone z czołgów marionetki psują cały efekt i odnosiłem wrażenie, że w każdej chwili może się okazać, że za sterami kolejnego przejeżdżającego czołgu siedzi lalka Barbie.


Fabuła rozwija się w tempie dość powolnym i gdybym był człowiekiem mocno naciśnieniowanym na ostrą akcję od początku, zapewne byłbym srodze zawiedziony z tego powodu. A tak byłem zawiedziony z powodów zupełnie innych. Wpleciono tu liczne wątki o zabarwieniu humorystycznym, co pomysłem było zacnym, lecz w praniu wyszły przebarwienia. Niby jest to ten sam rodzaj humoru, który miałem okazję zobaczyć w „King Kong kontra Godzilla”, ale tu wydaje się to nie na miejscu. Robi to bez przekonania i jednocześnie próbuje zachować jakiś kompromis między powagą przesłania, a budowaniem sympatycznej postaci. Kombinuję, jak koń pod górkę, aby wyjaśnić wam dlaczego dowcip w tym filmie mnie nie rozbawił, ale chyba nie mam lepszego pomysłu. Dowcip jest po prostu głupi i to z rodzaju lekko-żenująco-głupiego. Nie wszystkie elementy są całkiem nietrafione, kąciki ust podnieść się potrafią, ale niezwykle rzadko.



A cóż z przesłaniem? Jest. I jest ważne, nie wpycha się go nam na siłę, ale i subtelności tu brak. Oczywiście mamy przesłanie przeciwko próbom jądrowym, ale także dotykamy praw człowieka, jakim by on człowiekiem nie był. Jak już wspomniałem, Mosura nie jest tu potworem pokazanym jako postać negatywna. Za to mamy ludzkiego antagonistę. I och, jak on jest prześwietnie zagrany. Od pierwszego spojrzenia wiadomo, że to będzie nasz „zły pan”, stroi miny niczym mim (teraz wszyscy powtarzamy na głos: „miny niczym mim”). Jego gra jest tak przesłodko wyolbrzymiona, że nie sposób nie czerpać radości z każdej chwili oglądania go na ekranie. I im dalej w las, tym jego postać bardziej zapędza się w swojej „złoczyńskości”.

To człowiek do tego stopnia zły, że uciekając przed kimś i będąc w strasznym pośpiechu widzi staruszka z laską i po prostu nie może się powstrzymać, aby starcowi tej laski z rąk nie wyrwać. Ot tak, nie wiadomo w sumie w jakim celu.



„Motra” to film dość nierówny, lecz niestety przeważają tu raczej wady niż zalety. Świetnie się ogląda znanych japońskich aktorów (w epizodzie wraca także Takashi Shimura, czyli m.in. dr Yamane z „Godzilli”), którzy mają standardowo swój zestaw śmiesznych min. Szkoda, że danie główne, czyli Mosura, tak fajnie obudowana swoją własną mitologią (znacznie lepiej i ciekawiej niż „Godzilla”), jest finalnie potworem niezbyt ciekawym. I mimo to uważam, że warto ten film obejrzeć. Dlaczego? Bo jest to coś nieco innego w gatunku filmów o kaijū, niezbyt wybitnego, ale o podejściu troszkę z innej strony.