sobota, 19 grudnia 2015

Miś Kuleczka

Jedną z bajek z dzieciństwa, którą miło wspominam jest przesympatyczny Miś Kuleczka. Był to serial produkcji czechosłowackiej, wyprodukowany w 1973 roku. Dokładnie nie pamiętam kiedy pojawił się w naszych domach ale na pewno nie był on gościem powszednich dobranocek bowiem każdy odcinek liczył około 25 minut czyli jego emisja przypadała na niedzielne Wieczorynki (chociaż to mało możliwe) albo podzielony odcinek był emitowany w dwóch częściach w jakimś programie dla dzieci i młodzieży. Może wy pamiętacie ??
Miś Kuleczka
Wróćmy jednak do bajki. Bohaterem jest sympatyczny Miś Kuleczka, który zbiegiem okoliczności został oddzielony od swojej mamy. Zanim doszło do rozstania mama zawsze przestrzegała Kuleczkę przed tajemniczym Wasylem - myśliwym, który mógłby mu zrobić krzywdę. Wkrótce dojdzie do spotkania Kuleczki z Wasylem.
Parę cytatów (na podstawie wypowiedzi uczestników z forum) które pochodzą z tej dobranocki :
- "Waaasyl !" - tak wołała mama misiowa, która chodziła po lesie i wymachiwała kapeluszem na kiju
- "A ty gęgalska do domu" - to już słowa samego Wasyla, który w ten sposób zwracał się do swojej domowej gęsi non stop gęgającej i wychodzącej poza ogrodzenie.
Miś Kuleczka Miś Kuleczka
Bajka ta ma w sobie pewien urok. Nie jest zrobiona z przepychem i z wybujałą grafiką oraz niesamowitymi efektami komputerowymi, którymi karmione są nasze dzisiejsze dzieci. Ot prosta scenografia, kilka kukiełek i dobry pomysł. Jednak właśnie takie były bajki naszego dzieciństwa.
Obecnie powstają przedszkola, szkoły taty oraz szkoły rodzenia pod nazwą "Miś Kuleczka". Chyba jednak coś jest w tej bajce :)
Miś Kuleczka - Wasyl Miś Kuleczka
Zadziwiający jest jeszcze pewien fakt. Bajka niby produkcji czechosłowackiej a gość nazywa się Wasyl. To imię nie pasuje do naszych południowych sąsiadów (już raczej do naszego wschodniego brata :) )

Źródło: http://www.nostalgia.pl

Proszę słonia



Proszę słonia Proszę słonia

Klasyka literatury dziecięcej autorstwa Ludwika Jerzego Kerna opowiadająca o przyjaźni chłopa o imieniu Pinio z porcelanowym słoniem, który na wskutek dokarmiania go tabletkami z witaminami urósł z małej porcelanowej figurki do naturalnych słoniowych rozmiarów.
Na podstawie tej opowieści w 1968 roku powstał siedmioodcinkowy serial animowany a dziesięć lat później - w 1978 roku (premiera miała miejsce w kwietniu 1979 roku) po zmontowaniu odcinków powstał pełnometrażowy film, który okazał się dużym sukcesem.
Na sukces tego filmu prócz treści miała też obsada aktorska. W filmie tym usłyszymy głosy najznakomitszych aktorów m.in. Krystynę Sienkiewicz, Mieczysława Czechowicza, Edwarda Dziewońskiego, Bronisława Pawlika, Kazimierza Wichniarza, Wiesława Michnikowskiego w roli taty, Irenę Kwiatkowską w roli mamy, Danutę Przesmycką w roli Pinia no i wielkiego Ludwika Benoit w roli słonia Dominika. Reżyser filmu - Witold Giersz - tak wspomina nagrania do filmu - "Podczas nagrań wszyscy się znakomicie bawili - kiedy słoń Dominik przemawiał głosem Ludwika Benoit, pozostali aktorzy nie mogli powstrzymać śmiechu, co się nagrywało. Musieliśmy robić wiele dubli."

Warto też wspomnieć o muzyce, którą skomponował Waldemar Kazanecki. Muzyka lekka i przyjemna i nie drażni podczas oglądania filmu.
Proszę słonia
Obecnie film ten został zrekonstruowany. Nie był to łatwy proces - jak twierdzi Włodzimierz Matuszewski, Dyrektor Studia Miniatur Filmowych - "Proces rekonstrukcji jest bardzo żmudny. Przetwarza się każdą klatkę filmu. Jedna klatka filmu to 1/24 sekundy, czyli tych klatek było około 13 tysięcy. Każda musiała zostać przejrzana i ujednolicona z resztą materiału. To samo tyczy się ścieżki dźwiękowej. Także film jest jak nowy.".
Chociaż od premiery minęło już kawał czasu to film ten przykuwa widza i młodszego i starszego swoim surrealistycznym humorem oraz kapitalnymi dialogami. Można by rzec że myśmy - jako dzieci, które oglądały ten serial lub film w dzieciństwie - się zestarzeli a "Proszę słonia" nie. Warto odkurzyć nasze dzieciństwo i przeżyć przygody Dominika oraz Pinia tym razem w cyfrowej jakości.

czwartek, 10 grudnia 2015

Latający cyrk Monty Pythona

 "Latający cyrk Monty Pythona" (Fot. BBC)
"Latający cyrk Monty Pythona" jest jednym z tych telewizyjnych eksperymentów, który się udał. To serial, który choćby i z dzisiejszej perspektywy nie przypomina niczego, co zazwyczaj spotyka się w telewizji. Zresztą nawet jeśli, to w wielu wypadkach o takich rzeczach się nie pamięta lub próbuje się zapomnieć.




Telewizyjna obecność "Latającego cyrku Monty Pythona" to raptem pół dekady rozpoczynające się 5 października 1969 roku. W latach 1969-1974 powstały cztery serie składające się łącznie z 45 odcinków trwających około 30 minut oraz krótka dwuodcinkowa wizyta w niemieckiej telewizji, o której chyba lepiej nie wspominać. Przez pierwsze dwa lata dzieło to posiadało raczej ograniczony budżet, a przez pewien czas stanowiło w zasadzie ramówkową zapchajdziurę. Co, jak się tak zastanowić, da się zrozumieć.
Początki produkcji należą raczej do tych, które w przyrodzie rzadko kiedy wychodzą. Istotnymi elementami tzw. poczęcia były zarówno przypadek, jak i chęć zrobienia czegoś z kimś, z kim się jeszcze nie pracowało. Dwie pierwsze serie powstawały praktycznie bez kontroli panów w garniturach, a format budowano od podstaw – trudno inaczej określić świadomą ucieczkę od wielu oklepanych rozwiązań kojarzonych ze sketch comedy. Jeszcze zanim do tego doszło sama grupa, jak twierdzą jej członkowie, zebrała się przypadkiem, a później zawaliła spotkanie z ówczesnym szefem komedii w BBC Michaelem Millsem. Wiedzieli, że chcą razem zrobić program, choć nie potrafili określić jaki i przy pomocy jakich środków. Nie mieli również tytułu, a zanim serial został ostatecznie nazwany padło co najmniej kilka propozycji – często dość ekscentrycznych. Ostatecznie otrzymali zamówienie na 13 odcinków.
Kilka rzeczy ciągle powtarzanych i tych nieco mniej
Za każdym razem, gdy pisze się o "Latającym cyrku Monty Pythona" przytaczany jest zwyczajowy zestaw informacji. Po pierwsze, początek rozmów o serialu i narodziny samego Monty Pythona datowane są na maj 1969 roku. Dochodzi do nich w Hampstead, gdzie, jak to określa się na oficjalnej stronie Pythonów, pięciu Brytyjczyków (Graham Chapman, John Cleese, Eric Idle, Terry Jones, Michael Palin) i jeden Amerykanin (Terry Gilliam) spotkało się w indyjskiej restauracji, aby pogadać o nowym projekcie. Pythoni przyznawali się później, że byli ostatnim pokoleniem, które wychowało się na radiu, co uznawali za bardzo ważne. Przy okazji byli całkiem nieźle wykształceni.
Z innych często powtarzanych wiadomości wymienić warto, że wszystkie odcinki kręcono w kolorze, ale dopiero piąty został tak wyemitowany. Przy okazji odcinek ten miał bardzo długi tytuł: "Man's Crisis of Identity in the Latter Half of the 20th Century". Nie próbowano też w żaden sposób ułatwiać odbioru serialu publiczności. W końcu pierwszym skeczem, jaki nakręcono, był ten o latających owcach. Żeby było zabawniej, w początkowych minutach "Whither Canada?", w którym nie było nic o Kanadzie, pojawił się program o zabijaniu prowadzony przez Wolfganga Amadeusza Mozarta.
Całość wchodzi na zupełnie inny poziom absurdu, kiedy weźmie się pod uwagę, że początkowo w BBC uważano, iż nowy program będzie skierowany do publiczności w przedziale wiekowym w okolicach "Late Show with David Letterman" w ostatnich latach emisji. Jeśli jeszcze weźmie się pod uwagę, że rzecz się dzieje w Wielkiej Brytanii w latach 60. XX wieku, to wyjdzie nam, że raczej nie byli to miłośnicy telewizyjnych eksperymentów. Ponieważ część rzeczy nagrywano z żywą publicznością, kręceniu skeczy początkowo towarzyszyła grupa zszokowanych emerytów. Bycie wśród tej nieco skołowanej publiczności, oczekującej zapewne zupełnie innego typu humoru i kompletnie nieprzygotowanej na wszystko, co się pojawiło, musiało być fantastycznym przeżyciem. Chciałbym tam być. Wracając…
Skecze i odcinki
Około 30-minutowe odcinki składały się ze skeczy, które regularnie wykraczały poza to, co przyjęto za nie uważać, przeplatanych animacjami Gilliama. Za najlepsze sezony uważało się pierwsze dwa. Mianem najsłabszego zazwyczaj określany jest ten ostatni – składający się raptem z sześciu odcinków, już bez Cleese'a, choć z gościnnym uczestnictwem np. Douglasa Adamsa.
Ogólnie "Latający cyrk Monty Pythona" można poznawać na dwa sposoby: w całości, odcinek po odcinku, a także wędrując po najlepszych skeczach. Z jakiegoś powodu w pamięci tłumu pozostały głównie te ostanie np. "The Spanish Inquisition", "The Dead Parrot Sketch", "The Ministry of Silly Walks". Słówko "spam" też pochodzi z jednego ze skeczy. Wspomina się postacie, jak właśnie ową Hiszpańska Inkwizycję czy granego przez Palina "It's" Mana. Pythoni też okresowo zadzierali z cenzurą, choć były to najwyżej wprawki przed szaleństwem, jakie rozpętało się kilka lat później wokół "Żywotu Briana".



 Mały podbój świata i lokalne przygody
Już 3. sezon był dla jednego z członków grupy, Johna Cleese'a, trudnym doświadczeniem – to zresztą pierwszy, w którego produkcji BBC chciało mieć większy udział. W ostatniej serii już go nie było. Po zakończeniu emisji serialu kolejne lata przyniosły grupie światowy sukcesu. Monty Python wpierw kręcił filmy, a później się rozpadł. W 1989 roku umiera Graham Chapman. W kolejnych dekadach legenda grupy wciąż jest żywa, poszczególni członkowie realizują własne projekty, a dzięki Idle'owi i "Spamalot" dorabiają się nawet milionów na Brodawayu. W międzyczasie lukratywnym zajęciem okazało się też bycie byłą małżonką wspomnianego wielokrotnie Cleese'a.
Również w Polsce "Latający cyrk Monty Pythona" obecny był od lat. Funkcjonował na różnych kanałach, emitowany o rozmaitych porach. Najzabawniej prezentuje się program TVP1 z 1994 roku, w którym produkcję można było obejrzeć o 8:05 praktycznie w środku "Kawy czy herbaty?". Naprawdę, żałuję, że współcześnie nie mogą tak wyglądać moje poranki. Poniedziałki byłyby znacznie znośniejsze.
Serial pozostawił po sobie pokolenia widzów, które zaakceptowały pewien typ telewizyjnej komedii i humoru. Znany jest na całym świecie oraz miał ogromny wpływ na telewizję i… może wzorem wielu skeczy niech ten tekst pozostanie bez puenty.


Najlepsze skecze:







Świat według Bundych

"Świat według Bundych"
Świat według Bundych, serial, który w latach 80. zaszokował Amerykanów.
Znamy ich wszyscy. Można ich nie lubić, można twierdzić, że to serial dla idiotów, ale trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że dziś, 24 lata po emisji premierowego odcinka, seria o rodzinie Bundych (w oryginale "Married with Children") cieszy się rzeszą fanów i statusem serialu kultowego.


Emitowany w latach 1987–1997 na FOX-ie serial to historia przeciętnej amerykańskiej rodziny żyjącej w Chicago, przedstawicieli niewykształconej klasy średniej. Jedynym źródłem zasilania domowego budżetu jest skromna pensja Ala (w tej roli niezawodny Ed O’Neil), pracującego jako sprzedawca butów. Czy trudy Ala, niespełnionej gwiazdy footballu, są w jakikolwiek sposób docenione przez jego rodzinę? Nic z tych rzeczy, a możemy przekonać się o tym już w czołówce serialu. Żona Peggy (Katey Sagal) oraz dzieci Bud (David Faustino) i Kelly (Christina Applegate) to grupa pijawek, które przysysają się do portfela Ala każdego miesiąca w dzień wypłaty.
Życie nie nagrodziło głównego bohatera serialu pracowitą małżonką, która spełniałaby się w sprzątaniu czy gotowaniu. Peggy jest kobietą, w której wstręt wzbudza sama myśl o jakiejkolwiek pracy. Najlepiej odnajduje się pomiędzy wieszakami w sklepie lub na kanapie, oglądając Oprah. Gdy po całym dniu walki z grubymi i wiecznie narzekającymi klientkami, styrany Al wraca do domu, nie może liczyć na czekające u progu kapcie, dobre słowo od żony ani obiad na stole. Już po jednej rozmowie między małżonkami widz zaczyna się zastanawiać, dlaczego to tej pory wytrzymują oni ze sobą i jeszcze się nie pozabijali. Na uszczypliwą uwagę Ala Peggy odpowiada dwiema i w ten sposób wygląda większość dialogów, które często wyciskają z widza łzy śmiechu. Wydaje się jednak, że żadne z nich nie mogłoby żyć bez tego drugiego, no bo gdzie znalazłoby inną osobę zdolną tak długo wytrzymywać spalony obiad lub obsikaną klapę w ubikacji?


Starsze dziecko Bundych, córka Kelly to urodziwa blondynka, której inteligencja jest odwrotnie proporcjonalna do jej urody. Ma ciągłe problemy w szkole, za to doskonale radzi sobie w relacjach z chłopcami, którzy z pewnością są onieśmieleni jej oczytaniem i wiedzą o świecie. Kelly jest w stanie zapamiętać jedynie ograniczoną ilość informacji, z tego też powodu straciła szansę na zwycięstwo w teleturnieju (notabene, przecież wszyscy wiedzą, że najwięcej przyłożeń w jednym meczu zdobył Al Bundy!). Nastoletnia blondynka, której czasem udaje się zrobić krótką karierę, np. w telewizji, jest ciągłym obiektem drwin ze strony swojego młodszego brata, Buda. Bud to niski, zakompleksiony nastolatek, który chciałby myśleć o sobie, że jest młodym Apollo. Dlatego też każde jego zdanie na temat rozwiązłego życia siostry kończy się ripostą o jego wiecznym dziewictwie i braku zainteresowania ze strony dziewczyn.
Czym byłoby życie na przedmieściach bez uroczych sąsiadów? A tych ma rodzina Bundych naprawdę wyjątkowych. Marcy Rhoades (od 12. odcinka 5. sezonu – D’Arcy) to ulubienica Ala, nazywana przez niego kurczakiem i wyśmiewana z powodu niezbyt rozwiniętych kobiecych przymiotów. Mimo to doczekała się dwóch mężów. Pierwszy z nich, Steve (David Garrison) był kochający, swojego mercedesa mamisynkiem, który w głębi serca gardził Alem, ale starał się zachowywać z nim poprawne relacje. Zostawił żonę, aby zostać strażnikiem w parku Yellowstone. Drugi mąż Marcy (Amanda Bearse) to Jefferson (Ted McGinley), zakochany w sobie, leniwy na równi z Peggy laluś, który poślubił Marcy na imprezie dla bankowców. Otacza go tajemnicza aura: był w więzieniu, pracował dla CIA, jest znajomym Fidela Castro. Szybko odnajduje wspólny język z Alem, przystępuje nawet do jego organizacji Antybaby.


Cała ta wybuchowa mieszanka postaci sprawiła, że serial po prostu musiał być śmieszny. Twórcy, zwłaszcza w pierwszych sezonach, tworzyli dla nich genialne dialogi, z których aż sypały się iskry. Niektóre z odcinków zawierały w sobie przeogromne pokłady śmiechu, jakiego dziś nie uświadczymy w żadnych sitcomach. Dlatego też popularność Bundych rosła aż do 6. sezonu. Niestety później zaczęło być już gorzej, żarty bywały mało zabawne, aktorzy wydawali się odgrywać swoje role bez szczególnej satysfakcji (jedyną satysfakcją był później zapewne czek od szefa stacji), a pomysły twórców na urozmaicenie serialu i jego odświeżenie okazywały się nietrafione. Przykład? Wprowadzenie w 7. sezonie postaci dziecka o nazwie Siódmy, które zamieszkało z rodziną Bundych. Po protestach widzów chłopiec zniknął z serialu bez żadnego wyjaśnienia.
Dla wielu humor prezentowany w "Bundych" umiejscawiany jest gdzieś w okolicach rynsztoka. Zdecydowanie jednak się z tym nie zgadzam. Owszem, żarty w Bundych są czasem ordynarne, chamskie czy (co w późniejszych sezonach zdarzało się niestety często) zwyczajnie mało zabawne, ale niezwykle rzadko przekraczały one granicę dobrego smaku. W przeciągu jedenastu sezonów niektóre dowcipy mogły się widzom "przejeść" – w końcu ile można słuchać o tym, że Al nie potrafi zaspokoić Peggy w łóżku, a Kelly zbyt często pada chłopakom w ramiona? Dlatego też nawet najwięksi fani serialu mogli z czasem poczuć się znużeni. Zagadką pozostaje, o jak wielu sitcomach będziemy mogli powiedzieć, że przez jedenaście sezonów nie zjadły własnego ogona.
Połowa z obsady serialu na nowo odnalazła się w telewizji. Ed O’Neil kolejny sezon święci triumfy z "Modern Family", najpopularniejszym obecnie serialem komediowym w Stanach. Katey Sagal brawurowo gra w "Sons of Anarchy", serialu jej męża, Kurta Suttera. Christina Applegate z kolei po przygodzie z "Samantą Who" rozpoczęła występy w sitcomie "Up All Night". Niestety słuch całkowicie zaginął po Amandzie Bearse i jej pierwszym serialowym mężu – Davidzie Garrisonie (który po odejściu z serialu pojawił się jeszcze w czterech epizodach), natomiast David Faustino i Ted McGinley występują w coraz gorszych filmach, dlatego im też nie wróżę już niczego dobrego.
Jak widać, ciężko jest czasem zerwać z łatką przyklejoną do aktora, który przez tyle sezonów bawił widzów jedną rolą. Niektórym się to udało, innym nie. Trudno się dziwić, ponieważ nawet dziś, oglądając "Sons of Anarchy", mam przed oczami rude włosy Peggy, a widząc Eda O’Neila siedzącego na kanapie w "Modern Family", czekam, aż włoży rękę w spodnie. W telewizji jest to gest nieśmiertelny, tak jak nieśmiertelna pozostanie dla mnie rodzina Bundych. Nawet jeśli z czasem przestali bawić mnie tak bardzo.

Cudowne lata

"Cudowne lata" (Fot. ABC)

ABC rozpoczęło emisję "Cudownych lat" w 1988 roku, do 1993 wypuszczono 115 odcinków w sześciu sezonach. Czołówka adekwatnie zapowiada treść odcinków, jest nostalgicznie, sentymentalnie, Joe Cocker śpiewa tak, że czujesz się bezpiecznie i niespokojnie zarazem. Akcja umiejscowiona jest w latach 60. na amerykańskim średnioklasowym, białodomkowym i zielonotrawnikowym przedmieściu.


Głównym bohaterem jest dwunastoletni Kevin Arnold (Fred Savage), najmłodszy z trójki dzieci Jacka (Dan Lauria) i Normy (Alley Mills). Narratorem jest również Kevin, ten sam, lecz nie taki sam, bo starszy o 20 lat (głosu udzielił mu Daniel Stern). Rodzina jakich wiele - przepracowujący się ojciec, wycięta wprost z Betty Friedan, ciepła mama, buntownicza siostra-hipiska Karen (Olivia D'Abo) i wręcz nieznośnie nastoletni brat, Wayne (Jason Hervey). Nie mniej ważni są najlepszy przyjaciel Kevina, Paul Pfeiferr (grany porzez Josha Saviano, a nie, jak głosi legenda, Marylina Mansona) i urocza dziewczyna głównego bohatera, Winnie Cooper (Danika McKellar).
Ten serial to gęsta esencja melancholii, mocny liryczny napar. Trochę śmiechu i sporo łez, odrobina łez i sporo śmiechu. Opowieści o Kevinie Arnoldzie i jego dojrzewaniu są jak sam proces owego dojrzewania, słodko-gorzkie. W serialu nie dzieje się nic nadzwyczajnego, brak jakichkolwiek niezwykłości. Perypetie będące udziałem Kevina są przecież znane większości widzów. Pewnie każdy miał złamane serce, kłócił się z rodzeństwem, zaliczał wstydliwe wpadki, nie radził sobie z jakimiś lekcjami albo stawał w opozycji wobec rodziców. To narracja dorosłego Kevina, jego perspektywa przemieszana z wcześniejszą dziecięcą przenikliwością nadaje każdemu wydarzeniu oceaniczno głębokie znaczenie.Każdy odcinek jest najeżony uniwersalnymi prawdami i przesycony morałem. Jest to jednak zupełnie nienachalne, inaczej niż w serialach typu "Siódme niebo", tutaj puenta i pouczenie płyną obok.
"Cudowne lata" to naprawdę dobry wgląd w dzieciństwo i dorastanie. Jest coś magicznego we wczesnym "nastolęctwie", w tej liminalnej fazie przejścia pomiędzy jeszcze-dzieckiem a już-dorosłym. Dorastanie to niekoniecznie posuwanie się naprzód, a to może być bardzo bolesne. Dorastając, wyzbywamy się wielu rzeczy, choć już wówczas wiemy, że będziemy za nimi tęsknić. Jest to nieuniknione i pociągające zarazem. "Don't grow up, it's a trap" - powiedział już dawno Piotruś Pan, ale czy ktoś go posłuchał? Kevin Arnold przeczuwa, że to pułapka, lecz mimo to w nią brnie. Bo to jest nieuchronny proces, któremu towarzyszą karmelowa miłość, braterska przyjaźń i chłopackie rozrywki. W tej kreacji Fred Savage sprawdza się naprawdę doskonale. Nie znam jego dorosłych ról, ale jako dziecięcy aktor był świetny. Urocza buźka, niewinne policzki i brwi unoszone na tyle sposobów, by móc wyrazić wzruszenie, zaskoczenie, strach i całą gamę emocji.
wondrer-y4567
Klimat "Cudownych lat" przywodzi trochę na myśl ten zawarty w "Mikołajku" Sempego i Gościnnego albo "Historii Pana Sommera" Patricka Suskinda. To ten sam nastrój, zbliżony poziom roztkliwienia, wszechogarniająca czułość doprawiona dobrym żartem.
Jest tu naprawdę dużo Ameryki: misja Apollo 13, kolorowe telewizory, hippisi, zamknięte w domach matki, wojna w Wietnamie, baseball. Wszystko na tyle obok, że każdy może poczuć się bohaterem tego serialu. Nawet teraz, mimo że nakręcony był ponad 20 lat temu.
Pierwszy sezon serialu jest mocno filozoficzny i wydaje się być skierowany do zdecydowanie dorosłych odbiorców. Kolejne można by uznać za bardziej młodzieżowe, a sama końcówka jest maksymalnie sentymentalna. Po drodze Kevin zakochuje się i odkochuje, jest zdradzony, zraniony, wścieka się na rodziców, zrzuca z piedestału swojego tatę i zauważa pustkę w życiu swojej mamy. Ma nowych przyjaciół, tęskni za dawnymi, odczuwa niesprawiedliwość świata, wyjeżdża na wyprawę i docenia dom rodzinny. Życie jak każde, problemy uniwersalne, podobne w każdym przedmiejskim domku czy osiedlowym mieszkaniu. Kevin mógłby mieszkać wszędzie i być narratorem także mojego życia.
Czy wy też pamiętacie swoją Winnie Cooper?

piątek, 4 grudnia 2015

Strefa mroku



"Strefa mroku", czyli "The Twilight Zone", jest jednym z najważniejszych seriali w historii amerykańskiej telewizji. To również telewizyjna antologia, której powstanie i uzyskanie kultowego statusu zdarzyło się gdzieś poza nami – w niedostępnym i niezrozumiałym miejscu za oceanem i żelazną kurtyną.
Tak naprawdę nie da się czegokolwiek opowiedzieć o "The Twilight Zone" bez wspomnienia o Rodzie Serlingu – scenarzyście, dramaturgu, reżyserze i producencie, który w latach 50. nie tylko był jednym z najbardziej cenionych scenarzystów telewizyjnych, ale również prawdopodobnie najzagorzalszym przeciwników telewizyjnej cenzury uprawianej na wiele sposobów i na różnych poziomach.
Problemy finansowe
Telewizja funkcjonowała w tamtym czasie po prostu inaczej. Sponsorzy wykładali pieniądze, seriale produkowane były przez agencje reklamowe. Jak można się domyślić, ci pierwsi byli bardzo zainteresowani, aby tylko ich produkty były pokazywane w dobrym świetle. Między innymi z z tej przyczyny Serling chciał pójść w kierunku science fiction. Pierwszy scenariusz, w zamierzeniu mający być pilotem nowej antologii – "The Time Element" – po kilkunastu miesiącach w szufladzie telewizyjnych decydentów ostatecznie trafił na ekrany jako odcinek "Westinghouse Desilu Playhouse". To sukces tego scenariusza oraz reakcja widzów na godzinną opowieść o podróży w czasie doprowadziły do tego, że "Strefa mroku" w ogóle powstała.

Potencjalnym sponsorom zachwalano oczywiście zyski, jakie mogą osiągnąć na sprzedaży swoich produktów, a serial miał się bronić dobrymi scenariuszami, historiami, opowieściami. Początkowo Serling otrzymał gwarancje, że powstanie minimum 26 odcinków. Na dodatek samą decyzję Serlinga o zaangażowaniu się w coś uznawanego tak niepoważnego jak fantastyka naukowa, wielu oceniało jako krok w tył. Ponadto pierwszy scenariusz – "The Happy Place" – został odrzucony. Tak to bywa, gdy z listy tematów najpierw wybiera się eutanazję. "Where Is Everybody?" okazał się nieco bardziej przystępny.
"The Twilight Zone" zadebiutował na antenie CBS 2 października 1959 roku. Gospodarzem został sam Serling – nie był pierwszym wyborem. Przez kolejne lata wyprodukowano łącznie 5 sezonów i 156 odcinków, przez które przewinęło się wielu aktorów m.in. Robert Redford, Robert Duvall i część obsady oryginalnego "Star Treka". Nazwisko gospodarza znalazło się na 92 z wyprodukowanych scenariuszy. W czterech z pięciu sezonów postawiono na półgodzinne odcinki – jedynie w 4. serii odcinki wydłużono do telewizyjnej godziny.
Od początku nowa antologia zjednała sobie krytyków. Gorzej było z oglądalnością, która w pierwszych tygodniach nie zachwycała. Później jednak ustabilizowała się na przyzwoitym poziomie. Problemy ze sponsorami i kosztami produkcji towarzyszyły za to Serlingowi przez cały okres emisji. Produkcja przyciągała także określone i czasem zaskakujące grupy widzów – jak dzieci w wieku 12-15 lat. Podobno wszystkich to zaskoczyło, a niektórych mocno zirytowało – mowa o rodzicach owych nastolatków. Nic zresztą dziwnego, przez pierwsze trzy sezony serial był emitowany w piątki o 22:00.

Historie, które…
Niezliczone zastępy postaci dotarły przez te niecałe pięć lat do strefy cienia – rządzonego przez wyobraźnię piątego wymiaru, będącego poza i pomiędzy tym, co znane i odrzucane. W tym czasie swobodnie żonglowano tematami i gatunkami. Od westernu po science-fiction; od horroru, przez historie miłosne, po pogodne przypowiastki. Znalazło się miejsce tak na czarny humor, ludzkie emocje, jak i na roboty – takie z kablami i w ogóle. Poruszano zagadnienia trudne, kontrowersyjne, współczesne – ze zmiennym szczęściem. Nie zapomniano nawet o operacjach plastycznych ("Number 12 Looks Just Like You" - sezon 5, odcinek 17).
Już w pierwszych miesiącach własnych opowieści dorobili się w odpowiednio Śmierć ("One for the Angels" – sezon 1, odcinek 2) i Diabeł (Escape Clause – sezon 1, odcinek 6). Obydwaj z jakiegoś powodu postanowili wchodzić w układy z ludźmi. Nie brakowało kosmitów, pisarzy i zwykłych zjadaczy chleba. W finale 1. sezonu ("A World of His Own" – sezon 1, odcinek 36), Serling przekroczył granicę między byciem gospodarzem a bohaterem opowieści.
Praktycznie w każdym odcinku trafiał się porządny zwrot akcji – czasem tak okrutny, jak w "To Serve Man", gdzie brak należytej uwagi spowodował, że książkę kucharską potraktowano jako pokojowy manifest. Z drugiej strony nostalgiczna wycieczka do radiowej przeszłości w "Static" (sezon 2, odcinek 20) umożliwiła bohaterowi cofnięcie się w czasie i podjęcie na nowo decyzji, które tak zaważyły na jego życiu. Skoro już przy tym jesteśmy, to w 5. serii w świetnym "A Kind of Stopwatch" (sezon 5, odcinek 4) czas można po prostu zatrzymać – co do dzisiaj wygląda niesamowicie.


Ponadto właśnie w 5. sezonie wymyślono bardzo ciekawy sposób na zaoszczędzenie kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Po prostu kupiono nagrodzony Złotą Palmą oraz Oscarem krótkometrażowy "La Rivière du hibou" Roberta Enrico. Odcinek "An Occurrence at Owl Creek Bridge" wyemitowano w lutym 1964 roku, a sam zabieg umożliwił "Strefie mroku" przynajmniej w swoim ostatnim sezonie zmieścić się w zakładanym budżecie.
To nie koniec
Historia "The Twilight Zone" nie kończy się wraz ze skasowaniem. Jeszcze w 1962 roku powstał pierwszy komiks sygnowany tą nazwą. Wydawany był przez wiele lat po zakończeniu emisji serialu. Tworzono także powieści, a w 1983 roku do kin trafił film wyprodukowany przez Stevena Spielberga i Johna Landisa. Dwa lata później widzowie doczekali się nowej wersji serialu, prawdopodobnie najlepiej znanej w Polsce, która ostatecznie liczyła sobie trzy sezony i 110 odcinków. Kolejna próba wskrzeszenia serii przypada na 2002 rok. "The Twilight Zone" z Forestem Whitakerem jako gospodarzem zostało jednak skasowane przez UPN po zaledwie jednym sezonie.
Przez lata serial Serlinga wielokrotnie wspominano w innych produkcjach. Nawiązania pojawiają się np. w "Drużynie A", "Cudownych Latach", "Przystanku Alaska" czy "Kochanych kłopotach", a Vince Gilligan, twórca "Breaking Bad" wciąż powtarza, że to jego ulubiony serial. Z kolei w 2005 roku w "Medium", w odcinku "Still Life" (sezon 2, odcinek 9), na kilkadziesiąt sekund postanowiono wskrzesić samego Serlinga – 30 lat po jego śmierci. W trakcie tej niecałej minuty w instruuje on widzów, jak oglądać telewizję 3D. Gdyby ktokolwiek zastanawiał się, dlaczego w ogóle coś takiego wymyślono, odpowiedź brzmi: November sweeps.
rory
W Polsce przynajmniej część widzów prędzej będzie kojarzyć "Strefę mroku" właśnie z rozmaitych nawiązań niż z czasu spędzonego nad samym serialem. Z drugiej strony niektórzy wspominać będą np. kilka opowieści z klasycznych sezonów jako cześć serii z lat 80., bo to tę wersję puszczano kiedyś w TVP 2. Z kolei Canal+ emitował klasyczną serię jeszcze w latach 90. – ale w tym wypadku nie jestem w stanie wygrzebać z pamięci, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się załapać na jakikolwiek odcinek.
Cóż dodać na koniec? "Strefa mroku" to serial, który zasługuje na co najmniej jeden wielodniowy maraton. Nie ma najmniejszego powodu, aby unikać wizyt w tej wyjątkowej krainie rządzonej przez ludzką wyobraźnię.





Dookoła świata z Willym Foggiem

Film ten powstał na podstawie książki Julesa Verne "Le tour du Monde en quatre-vingt jours" (1873) czyli "W 80 dni dookoła świata z Willym Foggiem". Jest to historia z końca XIX wieku, o wielkiej podróży angielskiego dźentelmena, który założył się, że okrążył świat w osiemdziesiąt dni.
Film animowany, który niektórzy z Was pamiętają leciał bodajże w soboty po programie "Sobótka". Potem później widziałem w jakiejś niemieckiej telewizji. 26 odcinkowa seria nawet dobrze była opowiedziana. Postacie ludzkie zastąpiono zwierzętami (co było w przypadku Trzech Muszketerów).

Każdy z nas jak był mały śledził z zapartym tchem przygody Willy Fogga (Lew) wraz z jego przyjaciółmi Rigodon i Tico (mysz), którzy nie zwlekając na przeszkody postanawiają odbyć w 80 dni podróż dookoła świata. Żeby nie było to łatwe ich tropem rusza Transfer (wilk) - opłacony przez pomysłodawcę zakładu, który ma skutecznie utrudnić podróż naszym bohaterom.
Po drodze, w Indiach, Fogg odbija z rąk fanatyków wyznawcy bogini Kali, księżniczkę Romy (lwica), którą w finałowym odcinku zresztą poślubia.

piosenka tytułowa z pierwszej wersji dubbingu:




Jak rozpętałem II wojnę światową



„Jak rozpętałem II wojnę światową” jest adaptacją popularnej powieści Kazimierza Sławińskiego „Przygody kanoniera Dolasa”. Film opowiada o pechowym szeregowcu Franku Dolasie (Marian Kociniak), który za wszelką cenę chce wrócić do swojego kraju i walczyć w jego obronie jako prawdziwy bohater. Przeżywa wiele przygód na frontach całej Europy,kiedy w końcu udaje mu się dotrzeć do Polski.

UCIECZKA (1)
W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku Franek Dolas przybywa na granicę polsko-niemiecką w składzie plutonu mającego wzmocnić obronę stacji kolejowej. Po przebudzeniu dostrzega niemieckiego oficera,którego bierze za dywersanta. Jego karabin przypadkowo wypala, a po chwili rozpoczyna się artyleryjska kanonada. Przerażony żołnierz jest przekonany, że rozpętał wojnę. Wkrótce dostaje się do niewoli niemieckiej. Od początku organizuje niezliczone próby ucieczek, za co jest przenoszony do kolejnego obozu. W trakcie przewożenia ucieka wraz z Józkiem (Wirgiliusz Gryń). Pociągiem z bydłem docierają do Tyrolu.Tam Franek, wypuszczając byka, powoduje całkowite zamieszanie. Gestapo wydaje na niego wyrok, ale Frankowi udaje się wyskoczyć z pociągu. W Jugosławii, szukając okazji do walki, spędza czas w portowej tawernie.Znajduje się na statku kapitana Dima (Zdzisław Kuźniar), kiedy kuter zostaje storpedowany przez włoską łódź podwodną…

ZA BRONIĄ (2)
Franek Dolas trafia do Północnej Afryki. Tam zostaje wcielony jako „przymusowy ochotnik” do oddziału Legii Cudzoziemskiej, gdzie przez pomyłkę przypada mu funkcja kucharza. Jedzie na targ po świeżą żywność dla niechętnej ludności w wojsku. Ogrywa tamtejszych Arabów w grę trzy karty i wraca z dużymi zapasami jedzenia. Wojsko jest bardzo zadowolone w przeciwieństwie do dowodzącego nim generała. Dolas trafia do więzienia, co prowadzi do wybuchu rozruchów. Legioniści po apelu generała de Gaulle’a przechodzą na stronę Wolnych Francuzów. Franek dostaje się do angielskiego obozu, który wkrótce atakują Włosi…

WŚRÓD SWOICH (3)
Franek wraca do Europy.We Włoszech zostaje schwytany przez Niemców, uznany za dezertera i wysłany samolotem na front wschodni. Udaje mu się wyskoczyć. Na spadochronie ląduje na drzewie w koło pewnego klasztoru w Polsce. Wkrótce  przebrany za niemieckiego żołnierza dostaje się do pobliskiej wioski, gdzie zakochuje się w uroczej łączniczce a także spotyka swojego dawnego przyjaciela Józka. Po wielu perypetiach udaje mu się dotrzeć, zdobyć zaufanie miejscowych partyzantów i razem z nimi walczyć w obronie swojej ojczyzny.
POLSKA 1969, scenariusz i reżyseria: Tadeusz Chmielewski, wykonali.:
Marian Kociniak – Franek Dolasa
Wirgiliusz Gryń – Józek Kryska
Wacław Kowalski – Kiedros, sierżant Legii Cudzoziemskiej
Jan Świderski – Letoux, kapitan Legii Cudzoziemskiej

Kazimierz Rudzki – kapitan Ralf Peacoock
Kazimierz Fabisiak – ojciec Dominik w klasztorze
Joanna Jędrka – Teresa
i inni…
  
   
 
 
  Moja ocena:
 Niech każdy myśli sobie co chce na temat starych filmów, ale powiem Wam szczerze, że niekiedy filmy nawet z przed 30. lat są lepsze niż niektóre nowe produkcje i nie rozumiem jak to ktoś kiedyś powiedział:”Takich filmów to się nawet nie porównuje”. Pytam dlaczego? Przecież rocznik nic nam nie mówi o filmie. Jak mieli kręcić filmy w tamtych czasach takie, żeby dla wszystkich odpowiadały skoro dopiero teraz wchodzą nowe technologie i sposoby kręcenia filmów? Film jest w oryginale czarno-biały i co z tego? Czy to mówi, że jest nie wart obejrzenia? Myślę, że wcale nie. Powinno się oceniać filmy ze świadomością w jakich latach były kręcone i jak na tamte czasy przyjęte przez widzów, tak jak się ocenia filmy dziś. Takie jest moje zdanie. A argument, że film mi się nie podoba, bo jest stary albo jeszcze lepiej,że dlatego go nie obejrzę, jest po prostu  śmieszny i całkiem bezsensu. Tak właśnie myślę. Dla mnie film był po prostu świetny :) Mogłabym go obejrzeć  spokojnie jeszcze kilka razy, choć już kilka go widziałam i wydaje mi się, że za każdym razem będzie mnie tak samo bawił ;) i tak bardzo się podobał.Genialnie moim zdaniem zagrał Franka Marian Kociniak mający obecnie 72lata. Cała historia przedstawiana jest w charakterze komediowym, ale główną myślą scenarzysty, myślę, było ukazanie wielkiego poczucia patriotyzmu. Z filmu bardzo mi się spodobały słowa Franka (są to chyba najważniejsze moim zdaniem słowa filmu): „Jak to o jaką Polskę?Przecież Polska jest tylko jedna”.

czwartek, 26 listopada 2015

Po prostu muzyka


Materiał powstał w oparciu o wywiad z Panem Tadeuszem Kwinta, autorem programu "Po prostu muzyka" i jego głównym wykonawcą. Przepraszam, za jakość zdjęć ale materiały dostarczone przez Pana Tadeusza nie były najlepszej jakości.
Po prostu muzyka Po prostu muzyka
Jak powstał program ?
Gdy w latach 70-tych przeniosłem się do Warszawy i grałem w Kabareciku Olgi Lipińskiej, odszukała mnie redaktorka "działu szkolnego" proponując mi podjęcie się prowadzenia lekcji z muzyki. Dowiedziałem się, że podobny program powstał oparty na podręczniku Pani Lipskiej, ale program ten odpadł przy kolaudacji. Początkowo odmówiłem ponieważ nie wyobrażałem siebie przy jakiejś czarnej tablicy z patyczkiem w dłoni i wykładającego temat. To nie było dla mnie. Ponieważ mnie uparcie namawiano, poprosiłem wtedy o chwilę czasu do namysłu i napisałem manifest [śmiech] na jakich warunkach się zgodzę. Stwierdziłem, że to nie może być w formie lekcji, że to musi być rodzaj widowiska czy teatru, to musi być przekorne, przyswajanie wiedzy nie może iść wprost ale musi być to zakamuflowane. To musiałoby być coś co by przyciągnęło młodych słuchaczy. No i najważniejszy warunek to jest to że program miał być nagrywany w Krakowie z tej racji, że z moją ekipą którą dotychczas pracowałem bardzo się zżyłem i mamy już wspólne doświadczenia w robieniu programów.
O dziwo, moje warunki oraz cały projekt został przyjęty. I tak to się właściwie zaczęło. Dowcip polegał na tym, że ja dostawałem na małej karteczce w paru punktach temat lekcji, na jakie problemy zwrócić uwagę i do tego tematu musiałem napisać scenariusz. Nie było wtedy internetu oraz takiej bogatej wiedzy jak jest teraz, musiałem niestety wertować książki z muzykologii, podręczniki. Chciałem wytłumaczyć problem w taki sposób jakbym chciał by mi go tłumaczono, żebym to najłatwiej zrozumiał. Stąd narodził się cały szereg pomysłów, które potem w sensie pozytywnym później mi wypominało i przypominano jak np. postać biegająca po klockach, duży klocek - cała nuta, pół klocka, ćwierć klocka i cały szereg innych pomysłów by pokazać obrazowo niektóre problemy. Starałem się wyszukiwać takie sposoby tłumaczenia, które by przemówiły do mnie do mnie jak do dziecka.
Po prostu muzyka
Ile było postaci na planie ?
Tylko jedna. W ramach cyklu, który nazywał się "Mała muzyka" był program "Muzyka dla klasy pierwszej"i tam była jedna plansza, za każdym razem inna ale mieszcząca się w temacie np. ładnie śpiewamy, cicho-głośno, drewno-blacha, instrumenty strunowe, instrumenty elektroniczne i szereg innych problemów, które mi podrzucano, jakie należy poruszyć. Dla pierwszej klasy była jedna postać, która objaśniała działanie różnych najprostszych instrumentów. Zacząłem wtedy wykorzystywać pomysły że było tam nas iluś, dwoiliśmy się, troiliśmy, graliśmy w orkiestrze.
Kiedy po wakacjach zaproponowano mi, żeby kontynuować dalej ten program a była to już druga klasa to pomyślałem sobie że "ja" jestem o rok mądrzejszy no to okazało się że jeden jest "Duży" bo działa już od roku i on stał obok fortepianu a drugi był "Mały", który się kręcił po fortepianie. Stąd właśnie narodziły się dialogi Dużego z Małym. Ten Mały pojawiał się spod klapy fortepianu a Duży, gdy przychodził do tego fortepianu był normalny. Jeden był przemądrzały i wiedział wszystko najlepiej a drugi mu udowadniał że nie jest tak jak on myśli.
Po prostu muzyka
Trudno było zagrać te postacie ?
Były to czasy telewizji kolorowej i graliśmy wszystkie odcinki w Blu-boxie. Na początku każdego odcinka jest coś takiego, że skacząc po po klawiszach fortepianu, gram melodię. Proszę spojrzeć na program - tam jak skaczę na ten klawisz to on się ugina, czyli on reaguje tak jakbym rzeczywiście skakał po fortepianie. Potem jacyś nauczyciele mieli do mnie jakieś pretensje, że to "skandal, że ja uczę niszczenia dzieci instrumentów" po czym odpowiadałem "jeśli Pani da radę wystukać na fortepianie jakąkolwiek melodię to ja uwierzę i przestanę coś takiego robić". To była taka skomplikowana sprawa ponieważ Jerzy Kaszycki, który pisał muzykę do wielu piosenek wykorzystywanych w tym programie, był kierownikiem muzycznym takiego przedsięwzięcia, przyczepił sznurki do tych klawiszy a ja musiałem wiedzieć gdzie się klawisz zaczyna a gdzie się kończy i skakałem sobie.
Po prostu muzyka Po prostu muzyka
Ile było odcinków ?
Odcinków nakręciliśmy dwadzieścia : dziesięć dla pierwszej i dziesięć dla drugiej klasy.
Po prostu muzyka
Ile czasu zajmowało nagranie jednego odcinka ?
Jeden odcinek - czyli około 40 minut - nagrywaliśmy pięć dni. Dziwne, no nie ? Ale zauważcie, że wtedy pracowaliśmy bez takich możliwości technicznych jakie są dzisiaj. Jeżeli ja rozmawiałem z samym sobą to przecież ja musiałem nagrać najpierw odpowiedzi i nagrać swoje zachowanie na zachowanie, jak gdyby pytania czy zaczepki partnera, którego jeszcze nie ma, który wystąpi potem. I to właśnie w tej kolejności, nie że pierwszy zaczyna rozmowę tylko musi być odpowiedź i ja muszę już wiedzieć jak się zachowa tamten żeby gestem, miną i sytuacją zareagować na coś co tamten potrafi wiedzieć. A potem dogrywało się tego drugiego, który tak się musiał zachowywać i mieć takie wyczucie tego dialogu, żeby reakcja tamtego, która już jest nagrana była naturalną reakcją na to co ja robię w tym momencie.
To było dość żmudne i wiadomo, że jeśli wpisuje się to w rzeczywistość przepięknie rysowaną przez Jurka Boducha, przecież to były cacuszka te jego rysunki, on potrafił narysować dach, złożony z dachówek a każda dachóweczka miała swoje światło w miejscu wypukłym.
Muszę powiedzieć, że polubiłem te programy. Jak one się zaczynały to mieliśmy trochę żalu, że idą o nieciekawej porze, że skarżą się nauczyciele, że nie mogą z nich skorzystać no bo trudno program szkolny ustawiać pod program telewizyjny. Ci, którzy widzieli ten program chwalili go, program ten był powtarzany przez conajmniej 10 lat jak nie dłużej. Co jakiś czas spotykają mnie jakieś pokolenia i mówią, że mnie pamiętają. Rodzice oglądali z maluchami i maluchy, które pamiętają z dzieciństwa, że coś takiego było jeszcze załapali się by swoim dzieciom pokazać. To takie miłe i powiem Wam, że jeśli by ktoś mi zaproponował zrobienie podobnego programu to nie odmówiłbym.

Źródło : http://www.nostalgia.pl

Przybysze z Matplanety











Dagmara Bilińska oraz Tadeusz Kwinta
a po prawej pomarańczowy Pi (Bilińska) i zielony Sigma (Kwinta)
Przybysze z MatplanetyCzy w latach 80-tych wylądowali u nas kosmici? Tak! I to jeszcze na statku, który przypominał model pojazdu Eagle z serialu "Kosmos 1999". Jednak to nie byli zwykli kosmici. To byli "Przybysze z Matplanety", których zadaniem było pomaganie ziemianom w poruszaniu się w skomplikowanym świecie jakim jest matematyka.
Przybysze z Matplanety
Przybysze z MatplanetyPrzybysze z MatplanetyPrzybywamy z Matplanety,
wprost z odległej galaktyki,
czyli z gwiazd matematyki.
Cykl edukacyjny "Przybysze z Matplanety" powstał w latach 80-tych. Była to historia o dwóch kosmitach, którzy odwiedzają nieznaną im planetę - Ziemię i na rozkaz Wielkiego Monitora wykonują na niej przeróżne misje a wszystko po to by dzieci oglądając ten program oswoiły się z matematyką i z jej czasami skomplikowanymi pojęciami.
Mieszka u nas zbiór kwadratów,
oraz podzbiór tęgich walców,
mamy innych też mieszkańców.
Na planie - PI i SIGMA a w rzeczywistości dwóch aktorów: Tadeusz Kwinta czyli zielony Sigma oraz Dagmara Bilińska (w napisach końcowych wymieniana jako Dagmar Bilińska) czyli pomarańczowy PI. Aktorzy wykorzystywali w tym programie najnowszą ówczesną technikę czyli bluebox. Było to coś w rodzaju fotomontażu, w którym łączyło się różne zdjęcia. Aktor poruszał się w studiu pomalowanym na niebiesko. Obraz z takiej kamery z aktorem wpisywany był w obraz z innej kamery, namalowany na małej karteczce. Było to trochę skomplikowane dla aktorów, którzy musieli nauczyć się nie tylko odpowiednich ruchów ale także umieć sobie wyobrazić obraz, który potem obejrzy widz tak by zagrać perfekcyjnie daną rzecz w wyimaginowanym świecie i na niebieskim tle. "Mam dobrą pamięć przestrzenną, więc praca w technice bluebox była dla mnie atrakcją, a nie udręką" - tak wspominała pracę nad programem Dagmara Bilińska, jednak bywało tak, że jeden odcinek kręcono kilka dni.
Przybysze z Matplanety Przybysze z Matplanety
Stożki, romby i trójkąty,
cyfry, liczby, prostokąty,
koła, sześciany, kwadraty.
Warto też wspomnieć i o strojach. Jak wspomina Tadeusz Kwinta: "Najprościej było zrobić kostiumy kosmonautów ale mnie się skojarzyła postać Michelina, taka nadmuchana. Jeśli chodzi o kręcące antenki to mieliśmy włącznik, na antenkach był silniczek i po naciśnięciu tego włącznika te antenki się kręciły".
Cóż niełatwo być kosmitą i poruszać się w takich nadmuchiwanych strojach jednak to aktorom nie sprawiało trudności. "Super mi się biegało w takim stroju. Jak upadałam to nic nie czułam." - wspomina Dagmara Bilińska. Tej Pani należą się szczególne uznania bowiem jak nagrywała program to była w ciąży. Biegać w takim stroju i w dodatku mieć okrągły brzuszek (Pani Dagmara grała do 7-go miesiąca) - duży podziw.
Przybysze z Matplanety Przybysze z Matplanety
Stożki, romby i trójkąty,
cyfry, liczby, prostokąty,
koła, sześciany, kwadraty.
A czym się poruszali nasi kosmici? No cóż, tutaj trzeba przyznać że TVP tworząc ten serial miała za nic prawa autorskie. Statek przybyszów z Matplanety został po chamsku ściągnięty z serialu "Kosmos 1999". W programie tym statek był mały, na niteczkach i krążył sobie dookoła prawdziwych obrazów kuli ziemskiej. Również prawa muzyczne nie imały się twórców tego programu bowiem w odcinku "Pechowy słoń", słychać muzykę z Gwiezdnych Wojen.
My kosmici PI i SIGMA
dwa matplanetyczne znaki,
zbiór przyjaciół z jednej paki
Odcinków całej serii było dziesięć. Ostatni z nich nazywał się "Królestwo Miętowego Groszka" w którym to Pi i Sigma zajmowali się systemem dwójkowym. Wylądowali wtedy nie na ziemi a na planecie opanowanej przez tytułowego groszka. Groszek ten był okrągły, miał ciemne okulary oraz ciemiężył mieszkające tam roślinki. Postać groszka, komuś skojarzyła się z pewnym generałem i ... ten manewr przekreślił realizację pozostałych odcinków.

Matplaneta zróżniczkuje,
przecałkuje,
pierwiastkuje
Matplaneta zróżniczkuje,
przecałkuje,
pierwiastkuje



Warto również wspomnieć o muzyce. Temat tytułowy (przewijający się w piosence) autorstwa Marcelego Latoszka (z elektronicznej grup Omni) jest chyba znany każdemu wielbicielowi tego programu. Piosenkę tytułową wykonał nieodżałowany Andrzej Zaucha.

Źródło : http://www.nostalgia.pl

Sonda



Program nadawany był w Telewizji Polskiej w latach 1977–1989. Jego gospodarzami byli Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński. Według znanych danych nakręcono około 490 odcinków. Gdy uwzględnimy powtórki i odcinki zrealizowane po wrześniu 1989 roku, łącznie złoży się to prawdopodobnie na aż 560 wyemitowanych programów.
„Sonda” była pod wieloma względami nowatorska, a przez wielu uważana jest za najlepszy program popularnonaukowy w historii polskiej telewizji, choć nie brakuje głosów, że był jednym z najlepszych w skali świata. I trudno nie powtórzyć zdania, które często pojawia się w rozmowach na jego temat: „Sonda wyprzedzała swoje czasy”.
ARCHIMEDES MIAŁ RACJĘ
Jak to w nauce i historii nieraz bywa, początkiem była „Eureka”. Był to jeden z najstarszych polskich programów telewizyjnych o charakterze edukacyjnym, którego pierwszy odcinek wyświetlono 4 września 1957 roku. Miał on formułę magazynu prowadzonego na żywo, w którym dziennikarze z zespołu realizującego dany odcinek przedstawiali w studio wybrane zagadnienia ilustrowane filmami, planszami, eksponatami i innymi pomocami.
Pomysłodawcami „Eureki” byli: Maria Korotyńska i Ignacy Waniewicz, kierownikiem zespołu był przez długie lata Jerzy Wunderlich, znany także jako późniejszy prezenter programu Klinika zdrowego człowieka. Wśród dziennikarzy „Eureki”, wymienić należy takie nazwiska jak Andrzej Mosz (znany później z programu Za kierownicą), Zbigniew Zdanowicz, Teodor Zubowicz czy Rafał Skibiński. Wkrótce w zespole znalazł się również Andrzej Kurek, a później także niezapomniany lektor i prezenter – Marek Siudym.
Program, który nadawany był do 1975 roku, dał początek również innym audycjom popularnonaukowym, jak „Człowiek, ziemia, kosmos”, „Przyjemne z pożytecznym”, a przede wszystkim „Sonda”, która wkrótce zastąpiła „Eurekę”.
START!
W połowie lat 1970. kierownictwo redakcji „Eureki” zdecydowało się zmienić formułę programu. Wiele wskazywało na to, że dotychczasowa stawała się mało atrakcyjna i brak jej było świeżości. Zespół szukał czegoś nowego, co mogłoby stać się, według słów Tomasza Pycia – „hitem ekranowym”.
Pracę nad programem powierzono Andrzejowi Kurkowi (fizykowi), któremu pomagały Wanda Konarzewska i Zofia Żukowska. Pierwsze dwa programy Kurek prowadził właśnie z nimi – pierwszy z Konarzewską, a drugi z Żukowską. Później zdecydował się stworzyć własny zespół redakcyjny złożony z fachowców. Wkrótce przed kamerą, obok Kurka, zaczęli pojawiać się Zdzisław Kamiński (dziennikarz i ekonomista) i Marek Siudym.
Zdaniem Tomasza Pycia – autora strony internetowej poświęconej „Sondzie” i wieloletniego (niestety, już nieżyjącego) członka zespołu tworzącego program – pomysł, by przed kamerą umieścić dwóch okularników o odmiennym podejściu, pochodził od Zofii Żukowskiej.
Wkrótce zespół „Sondy” rozrósł się. Każdy z dziennikarzy był zobowiązany do napisania scenariusza programu i zorganizowania nagrania przynajmniej raz w miesiącu. Wszyscy mieli także obowiązek zdobywania materiałów filmowych, ikonografii i dokumentacji, a także ich opracowywania, montowania i pisania tekstów do autorskich felietonów (każdego tygodnia).
Co ciekawe, materiały do nagrań filmowych zespół zdobywał za darmo. Było to możliwe dzięki ambasadom Stanów Zjednoczonych, Francji, Niemiec i ZSRR oraz różnym ośrodkom kultury i przedstawicielstwom handlowym różnych krajów. Niezwykle istotne były także kontakty osobiste. Telewizja Polska pierwsze materiały dla programu zakupiła dopiero w 1986 roku.
W nagraniach brało udział wielu znanych lektorów, którzy czytali teksty felietonów. Wśród nich byli: Marek Gajewski i Zdzisław Szczotkowski, a także Jan Suzin, Lucjan Szołajski, Jerzy Rosołowki czy Waldemar Skolmowski.
FORMUŁA
Początkowo program miał typową formę magazynu. Realizowany był w studio, w którym pojawiali się goście i prezentowano materiały filmowe. Dla przykładu, w pierwszym odcinku poruszono takie tematy jak: misja sond Voyager, roboty przemysłowe i wulkany podwodne. Zastanawiano się także, skąd wzięło się życie na Ziemi i podano informację o odkryciu celulozy w przestrzeni kosmicznej.
W programie bardzo szybko wykorzystano zupełnie nową koncepcję. Każdy odcinek poświęcano konkretnemu zagadnieniu naukowemu lub technicznemu. Program prowadziło dwóch panów, najczęściej Kurek i Kamiński, z których każdy przyjmował odmienną rolę. Jeden był entuzjastą, a drugi sceptykiem. Niezwykle ważne było to, że prowadzący unikali stawiania ostatecznych tez czy podsumowań. To widz miał wyciągnąć wnioski i rozstrzygnąć problem w zgodzie z własnymi przekonaniami.
Kurek i Kamiński prowadzili dyskusję w studio, a czasem także poza nim. Wykonywali przy tym szereg prostych, a jednocześnie ciekawych doświadczeń i prezentowali rozmaite eksponaty. Często okraszano całość dobrym humorem lub prostą inscenizacją, w której ważną rolę pełniły kostiumy i scenografia.
Jednocześnie twórcy unikali zbyt zawiłych i niemożliwych do zilustrowania tematów. Dyskusje przeplatane były felietonami filmowymi, które prezentowały i obrazowały najważniejsze w danym odcinku zagadnienia. Chodziło o to, by widzem mógł być każdy, bez względu na wiek, zawód i zainteresowania. Często można spotkać opinię, że każdy Sonda była zawsze spektaklem.
Warto pamiętać, że program realizowano przy bardzo niskim budżecie. Zmuszało to twórców do stosowania prostych, acz pomysłowych rozwiązań, często realizowanych wręcz domowym sposobem. W czołówce programu wykorzystywano także plansze wykonywane przez Andrzeja Kurka na prywatnym komputerze ZX Spectrum (48 KB).
Czasem brakowało środków nawet na taśmę filmową i pojawiła się konieczność zapisywania nowych odcinków na tej samej szpuli, na której zrealizowano wcześniejsze programy. W ten sposób bezpowrotnie utracono między innymi pierwsze nagrania.
SZCZEGÓŁY I SZCZEGÓLIKI
Logo programu „Sonda” stworzył Andrzej Kurek. Wykorzystał do tego znany na całym świecie symbol yin i yang. Tymczasem to, co czyniło i do dziś czyni „Sondę” rozpoznawalną, to niezwykle ciekawa i trwająca 46 sekund czołówka programu z bardzo charakterystycznym motywem muzycznym. Została ona zapisana na taśmie 16 mm, z wykorzystaniem kilku materiałów filmowych i plansz, które zamówiono w Studiu Eksperymentalnym TV.
W krótkim fragmencie filmowym można zobaczyć wyobrażenie lotu sondy Mariner 5 oraz wybuchu supernowej. Wykorzystano także zarejestrowany podział jądra komórkowego, moment zapłonu silnika wielostopniowej rakiety Saturn 5, a także satelitarne zdjęcia cyklonu, moment mieszania się oleju z wodą w stanie nieważkości i fragment procesu montażu podzespołów układu scalonego. Pod koniec pojawia się kolaż wybranych scen z filmów popularnonaukowych z ZSRR oraz informacja umieszczona na płytkach sond Pioneer 10 i 11.
Jako tło muzyczne wykorzystano utwór „Visitation”, którego autorem i wykonawcą jest Mike Vicker, brytyjski muzyk, kompozytor i wykonawca muzyki do wieli seriali i programów telewizyjnych. W latach 1960. grał w znanym zespole Manfred Mann.
TRAGICZNY KONIEC
Tworzenie nowych odcinków zakończyło się razem ze śmiercią Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego. 29 września 1989 roku obaj prowadzący program zginęli w wypadku samochodowym w Raciborzu-Brzeziu, w czasie zbierania materiałów do kolejnego odcinka. Kierowcą samochodu marki Peugeot, którym jechali, był Andrzej Gieysztor, polski kierowca i pilot rajdowy, który również zginął w wypadku. Pojazd zderzył się czołowo z ciężarówką. Według ustaleń śledztwa, powodem zdarzenia najprawdopodobniej była nadmiernej prędkość. Kurka i Kamińskiego pochowano na cmentarzu w Pyrach.
Po śmierci prowadzących, na antenie ukazały się jeszcze trzy odcinki premierowe i jedna powtórka. 25 października 1989 roku wyemitowano program poświęcony pamięci Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego, pod tytułem „Dwaj ludzie z Sondą”.
SONDA A HISTORIA
Program z pozoru nie miał wiele wspólnego z historią. Tymczasem historia nauki i techniki pojawiała się często przy okazji omawiania różnych tematów, stanowiąc nieodłączny element i tło wielu rozważań. Dziś „Sonda” jest wspaniałym zapisem tego, jak na przestrzeni lat zmieniała się nauka i technika. Widzimy w nim także, jak zmieniało się z czasem nasze postrzeganie nowinek naukowych i technologicznych.
Świetnym przykładem jest odcinek zatytułowany „Plaster rzeczywistości”, w którym prowadzący prezentowali nowe możliwości związane z pojawieniem się płyty kompaktowej CD. W pewnym momencie Kamiński przedstawił wątpliwość dotyczącą nowego nośnika informacji:
„Trzeba powiedzieć, że oprócz tej cudownej jakości dźwięku i wspaniałej jakości obrazu na płycie wizyjnej, jest jeden zasadniczy problem. Polega on po prostu na tym, że działa to tylko w jedną stronę. Można tylko odtwarzać, czyli nie ma tej możliwości, którą stwarza taśma magnetofonowa i magnetowidowa – nagrywania programów, utworów, które właściciel chce mieć”.
Wśród argumentów Kurka znalazło się między innymi takie stwierdzenie:
„Przecież tym można się posługiwać jak aparatem fotograficznym. Powiedzmy kamera, rejestracja obrazu i gdzieś w instytucji, jednej na terenie miasta albo nawet kraju, rejestracja tego na płycie, do wielokrotnego użytku, nie do zdarcia (…)”.
Dziś, gdy płyty CD powoli odchodzą do lamusa i trudno nie znaleźć w sklepie taniej nagrywarki, może wydawać się to zabawne, ale w 1984 roku była to czysta niewiadoma – zarówno z technicznego, jak i ekonomicznego punktu widzenia.
Te i całe mnóstwo innych przykładów świadczą o tym, że „Sonda” do dziś nie straciła swojego potencjału. Wiele problemów zaprezentowanych w programie do dziś jest aktualnych. W wielu przypadkach to, co zostało określone przez prowadzących jako „możliwe”, stało się rzeczywistością. Dziś możemy oglądać odcinki „Sondy” na kanale TVP Historia, gdzie emitowane są w sobotnie poranki o godz. 8.10.

 29 września 1989 roku pod Raciborzem zginęli Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński, twórcy zjawiskowego programu „Sonda” Program oddziaływał na wyobraźnię i ukazywał wspaniały, często niedostępny świat nauki i techniki. „Sonda” była prawdziwym fenomenem nauki w telewizji…

wtorek, 10 listopada 2015

Kulfon i Monika




Kulfon i Monika 




  Kulfon i żaba Monika - to dość przewrotna para bohaterów, którzy zaczęli pojawiać się w drugiej połowie lat 80-tych w różnych programach dziecięcych (Trąba, Wyprawy Profesora Ciekawskiego) by w końcu dostać swój własny program "Ciuchcia". Ciekawostką dla niektórych będzie to iż kukiełki Kulfona oraz żaby Moniki są animowane przez dwóch mężczyzn a mianowicie Mirosława Wieprzewskiego (postać Kulfona) oraz Zbigniewa Poręckiego (postać Moniki).
Mirosław Wieprzewski i Zbigniew Poręcki
Kto pojawił się pierwszy na estradzie ? Kulfon czy Monika ?
Mirosław Wieprzewski
: Jedno jest pewne - na pewno nie pokazali się razem. Jeśli chodzi o estradę to żaba Monika pierwsza się tam pojawiała. Kulfon zaś został stworzony przez telewizję. Po raz pierwszy widzowie mogli go zobaczyć w programie "Trąba". Później, będąc już gwiazdą telewizji poprosił swoją dobrą znajomą Żabę Monikę.
W jakich okolicznościach pojawił się Kulfon ?
Mirosław Wieprzewski: Pomysłodawcą Kulfona jako postaci była scenografka, Pani Lidia Wopaleńska natomiast ducha w niego tchnął Andrzej Grabowski, który po prostu wyciągnął Kulfona z magazynu telewizyjnego. Wcześniej kukiełka ta debiutowała w Teatrze Telewizji dla Dzieci jako postać jakiegoś diabełka i po skończonym przedstawieniu trafiła do magazynu. Stamtąd właśnie wyciągnął go Andrzej Grabowski, który przyniósł i powiedział : "Mirek a zobacz to, co można z tym zrobić." Ja wziąłem lalkę i stworzyłem tę postać, charakteriologicznie, ruchowo, po prostu zacząłem nią grać. I tak powstał Kulfon.
A Monika ?
Zbigniew Poręcki: Jeśli chodzi o Monikę to żabę myśmy wymyślili obaj, kiedy pracowaliśmy razem w teatrze na etacie, zmuszeni byliśmy zająć się dodatkową pracą. Był taki teatrzyk w którym brakowało takiej "zapchajdziury czasowej". Ponieważ w teatrzyku brakowało jeszcze jednej postaci, poszperaliśmy trochę w magazynie i znaleźliśmy starą lalkę żaby. Wziąłem ją do ręki i zacząłem zabawiać dzieci wchodząc w niepisany dialog. I w ten sposów narodziła się Monika.
A jak było z tekstami dla Was ? Czy ktoś je dla Was pisał czy też sami improwizowaliście ?
Zbigniew Poręcki: Teksty, które powstawały do programu pisał Andrzej Grabowski. Teksty te były przez nas traktowane jako "fundament czy kręgosłup" do których dorzucaliśmy swoje wypowiedzi. Polegało to mniej więcej na tym, że dostawaliśmy tekst, rzucaliśmy okiem o co chodzi i po wyłapaniu głównego sensu mówiliśmy już swoimi dialogami.
Ile czasu poświęcaliście na nagrania do programu ?
Mirosław Wieprzewski: Odcinki, w których można było spotkać Kulfona i Monikę były emitowane w porze najwyższej oglądalności, we wtorki w godzinach popołudniowych (około 17:00). Sam program trwał 40 minut i co najważniejsze było przez cały czas pokazywane studio. Mało było takich reportaży z ulicy. Odcinki do programu były nagrywane we wtorki i taki odcinek był nagrywany przez cały dzień.
Co (lub kogo) można było zobaczyć w Waszych programach ?
Mirosław Wieprzewski: W naszym programie były również teatrzyki dla dzieci robione przez Kulfona i Monikę. Przez nasz program przewinęło się sporo znanych artystów m.in. : Wiktor Zborowski, Jacek Wójcicki, Maryla Rodowicz, Siostry Winiarskie, Kaczki z Nowej Paczki, Piotrek Pręgowski, Maciej Pietrzyk (grający Majstra bez Piątej Klepki) oraz wielu, wielu innych. W każdym odcinku występowała inna gwiazda.
Kulfon i Monika 




Idąc sukcesem jakim był "Kulfon i Monika" nagraliście także płytę.
Zbigniew Poręcki: Tak, znajdowały się na niej piosenki śpiewane przez Kulfona i Monikę. Niektóre z nich stały sie prawdziwymi szlagierami jak "Kulfon co z ciebie wyrośnie", "Bursztynek", "Pocałuj żabkę w łapkę".
A czy podczas nagrań przydarzały się Wam jakieś śmieszne zdarzenia ?
Zbigniew Poręcki: Chyba największym żartem jest to że Monikę gra facet. Przypomniała mi się taka historia z ZOO warszawskiego, kiedy nakręcaliśmy program dla telewizji. W takim dużym kostiumie musiałem zdjąć maskę bo szedł kolejny dubel. Zdjąłem maskę i facet, mieszkaniec warszawskiej Pragi, spojrzał na mnie i powiedział 'Patrz Hela, ta żaba to facet' Czasami moi, dorośli już synowie jak chcą zrobić mi jakieś małe "huku" to mówią 'Mama ! Uprałaś tatusiowi sukienkę'. Jednak najwięcej problemów miałem z Moniką na samym początku, kiedy kręciliśmy program, bowiem musiałęm nauczyć mówić "po dziewczyńsku" (chciałam, zrobiłam, musiałam).
Od autora - obecnie Kulfona i Moniki nie można zobaczyć już w telewizji. Z niewyjaśnionych przyczyn program ten zniknął z ekranu w porze największej oglądalności. Naszych bohaterów można spotkać już tylko na festynach dziecięcych. Jak zapewniają aktorzy wcielający się w Kulfona i Monikę cały czas są gotowi wrócić do telewizji o każdej porze.
Adam Kilian, jeden z czołowych polskich scenografów współpracujący z teatrami lalek, powiedział "Lalka się nie starzeje". Czekamy na powrót naszych bohaterów na szklane ekrany.
Serdeczne dziękuję za Wywiad i życzę Kulfonowi i Monice jak najdłuższego kontaktu z dziećmi oraz rychłego powrotu na szklany ekran.

Źródło: http://www.nostalgia.pl

Akademia Pana Kleksa

Ciekawostka filmowa : Na film sprzedano aż 14 094 014 biletów, co tym samym plasuje go na 6. miejscu
pod względem liczby widzów w polskich kinach w okresie przed 1989 rokiem.
logo filmu Akademia Pana Kleksa
Rok 1983r. Do kin wchodzi film Krzysztofa Gradowskiego "Akademia Pana Kleksa". Wchodzi i prawie natychmiast podbija serca ówczesnych dzieci swoją pomysłowością a przede wszystkim swoimi piosenkami. Już czołówka ukazała w całej glorii styl filmu: klasyczną bajkę, opowiedzianą ze współczesną energią, nerwem i przy użyciu wszelakiego arsenału ówczesnej techniki filmowej. Kamera nachyla się nad biurkiem pisarza, który maczając pióro w kałamarzu, pisze tytuł książki. Nagle atramentowy kleks, niespodziewanie uwolniwszy się z czubka pióra, zaczyna żyć własnym życiem. Rozbrzmiewa instrumentalna wersja piosenki "Witajcie w naszej bajce". Kleks wstaje z kartki i salwuje się ucieczką przed grupką rysunkowej dzieciarni. Gonitwa po dachach, na tle kalejdoskopowo zmieniającego się nieba, wieńczy ogromna miotła (?), okazująca się częścią maszynerii, odsłaniającej widok przestrzeni kosmicznej. W rytmie fenomenalnego tematu muzycznego "Kosmiczny prolog", widzimy symbol filmu - wielki, wirujący guzik, zamieniający się w feerię rewiowych świateł, na tle których, w pełnej chwale pojawia się tytuł "Akademia pana Kleksa".
Pan Kleks i jego akademia w odświętnej scenerii Profesor Ambroży Kleks (Piotr Fronczewski)
Krzysztof Gradowski w ponurych czasach stanu wojennego stworzył film niezwykły. Podczas gdy nasi rodzimi twórcy kręcili poważne dramaty społeczno-obyczajowo-psychologiczno-zaangażowane, a jedynymi dostarczycielami ekranowej rozrywki byli Juliusz Machulski i Stanisław Bareja, "Akademia pana Kleksa" zadziwiła radością, optymizmem i baśniową cudownością. Reżyser z niespotykaną witalnością i energią zaserwował kolorowy świat dziecięcych marzeń, gdzie przygoda czeka nawet na szarym podwórku Adasia Niezgódki. Nie jest to jednak nudna bajkowość "na klęczkach", o którą najłatwiej. Gradowski połączył pogodny świat pana Kleksa z mrocznym pochodem wilków, złowrogim laboratorium Golarza Filipa i klasyczną baśniową scenerią opowieści szpaka Mateusza. Mało tego - w filmie jest także miejsce na sekwencje rysunkowe (czołówka i "sen o siedmiu szklankach"), muppetopodobne Psie Niebo, a nawet kawałek kina eksperymentalnego (wizje Trzeciego Oka). Pomimo tego rozrzutu stylistycznego, w "Akademii..." zachwyca mnogość bajkowych krain i miejsc, w których magia i zaklęcia są na porządku dziennym. Do tej pory zadziwia konsekwencja Krzysztofa Gradowskiego, który brawurowo przeniósł na ekran tak niezwykłe pomysły, jak chociażby słynna "kleksografia". Z punktu widzenia techniki efektów specjalnych, wykonanie takiej sekwencji w siermiężnych polskich warunkach, wymagającej ścisłego dopasowania animacji rysunkowej z żywym obrazem, to najprawdziwsza magia, godna doktora Paj-Chi-Wo. Przekonujący okazał się także wybór siedziby Akademii. Z zewnątrz zagrał ją zespół pałacowo-parkowy w Nieborowie.
psie miasteczko Doktor Paj-Chi-Wo (Wiesław Michnikowski)
Drugą siłą napędową filmu był Piotr Fronczewski, który zagrał rolę swego życia. Nie sposób wyobrazić sobie pana Kleksa, bez charakterystycznej dla tego aktora mieszanki ekspresji i melancholii. Kleks to z jednej strony szanowany profesor i czcigodny mentor gromadki urwisów, odkrywający drzemiące w nich pokłady wyobraźni, a jednocześnie to ktoś w rodzaju starszego, doświadczonego kolegi, nadającego na tych samych falach. Fronczewski łącząc dziecięcą wręcz radość wspólnego przeżywania wspaniałych przygód, z charyzmatycznym nauczycielskim tonem, uniknął pułapki taniego psychologizowania i budowania wokół siebie otoczki niedostępnego autorytetu. Jakże to odległe od zachowań sztywnego i poważnego ciała pedagogicznego Hogwartu z serii o Harrym Potterze (może za wyjątkiem przyjaznego prof. Dumbledore'a). Skojarzenie tych filmów narzuca się niemal automatycznie. Oglądając pierwszy film z potterowej serii, można poczuć się znowu jak 10-letni dzieciak, który wiele lat temu po raz pierwszy zobaczył w kinie "Akademię pana Kleksa". Zresztą przygody Harry'ego i Adasia były bardzo podobne, ale na korzyść dużo skromniejszego filmu Krzysztofa Gradowskiego, przemawia (dosłownie!) genialny głos Piotra Fronczewskiego, szczególnie w piosenkach, skomponowanych przez Andrzeja Korzyńskiego.
Piotr Fronczewski jako Ambroży Kleks Jan Brzechwa, pisarz (Piotr Fronczewski)
Mówi się, że najcenniejsze filmy to te, które oglądane w dzieciństwie z wypiekami na twarzy, nic nie tracą ze swego uroku po latach, gdy jako dorośli, ponownie chcemy przeżyć kolorową baśń lat młodzieńczych. "Akademia pana Kleksa" to właśnie taki film. Oczywiście, że dzisiejszy 30-latek jak na dłoni zobaczy wszelkie niedoróbki, pobożne życzenia twórców, niezbyt trafione pomysły, archaiczne rozwiązania trikowo-scenograficzne i naiwną bajkowość świata przedstawionego. Ale pozostał ten niezapomniany, szczery dziecinny zachwyt, który po 20 latach nadal pozwala cieszyć się tą bajką. To chyba największy sukces "Akademii pana Kleksa".

Źródło:  http://www.nostalgia.pl