"
Źródło potęgi i mocy w dolinie tysiąca węży. I że mnie ponoć
zabity przez moich strażników, Ty - Dobro Zły - idź. Płaski kamień,
głowa węża. Ruszaj, nie ruszaj. Trzy razy Khuman. Wielki skarb i
straszny mrok. Zapanujesz nad światem jeśli wyzwolisz potęgę i moc -
Dobry, Zły - zginiesz. W znaczeniu poznania, nowe życie...." (fragment z tajemniczego transkryptu)
Pogranicze laotańsko-wietnamskie, listopad 1954. Na skraju dżungli
ląduje ostrzelany przez partyzantów helikopter. Pilot Bernard Traven,
poszukując wody, trafia do buddyjskiej świątyni, skąd rabuje drogocenną
szkatułkę. Mnich rzuca klątwę... Sorbona, trzydzieści lat później.
Wykład prowadzi Jan Tarnas, specjalista od starych tajskich rękopisów.
Nieoczekiwanie pojawia się Traven prosząc profesora o rozszyfrowanie
manuskryptu z tajskiej szkatuły. Podczas jego rozcinania w laboratorium
nieoczekiwanie gaśnie światło i pojawiają się węże. Ich ofiarą pada
monter reperujący oświetlenie. Przybywa policja, a wkrótce potem
dziennikarka Christine Jaubert z redakcji "France Soir". Badając
okoliczności śmierci poznaje Tarnasa. W willi Travena Tarnas z
gospodarzem odczytują kartkę z manuskryptu. Ich ciekawość budzi
przestroga przed "khumanem" - tajemniczym niebezpieczeństwem. Ponownie
pojawia się jadowity wąż...
Kolejny - bodajże siódmy film
Marka Piestraka, przez
niektórych nazywany "Rodzimym Edem Woodem" uznaje się za jedną z
najgorszych rodzimych produkcji. Jednak to co było nie do strawienia
przez krytyków ówczesne pokolenie kinomanów uznawało polsko-radzieckiego
"Indiana Jonesa" za najlepszy towar eksportowy. "Indiana Jones"? -
Marek Piestrak kategorycznie zaprzecza by wzorował się na filmie z
przygodami słynnego archeologa (chodzi o film "Poszukiwacze zaginionej
arki")
"
Zamiar zrobienia tego filmu narodził się jeszcze przed
Indianą Jonesem. Chciałem to nakręcić dwa lata wcześniej, zanim tamten
trafił na ekrany". Reżyser spóźnił się niestety o dwa lata. "
Stanąłem
przed wyborem : robić czy nie robić. Wiedziałm że "Poszukiwaczy
zaginionej arki" nie przeskoczymy w rozmachu realizacyjnym, we
wspaniałej inscenizacji... Ale scenariusz był gotowy, umowy z
kontrahentami z Wietnamu i Estonii zawierane. Wszyscy mnie namawiali,
żeby ten film zrobić. W takich warunkach, jakie były - trochę
siermiężnych - duży przygodowy film powstał" - twierdził reżyser.
Scenariusz polskiego "Indiany Jonesa na miarę naszych możliwości" jak
to określił jeden z internautów powstał w oparciu o opowiadanie "
Hobby dr. Travena", które na początku lat 80. ukazywało się w odcinkach na łamach Przekroju. Autorem scenariusza był był
Wiesław Górnicki,
ukrywający się pod pseudonimem Robert Stratton - zmarły w 1996 roku
pisarz i dziennikarz w latach 80. pełnił kilka ważnych funkcji
państwowych (był m.in. bliskim współpracownikiem gen. Wojciecha
Jaruzelskiego i autorem jego najważniejszych przemówień, m.in. tego z 13
grudnia 1981).
Doborowa obsada miała przyciągnąć również uwagę widzów. W filmie pojawiają się
Krzysztof Kolberger, Roman Wilhelmi, Ewa Sałacka, Leon Niemczyk
jednak widzowie zwracali uwagę na efekty specjalne a raczej mizerne ich
próby stworzenia. Akcja filmu rozgrywała się w Paryżu i w dzikich
ostępach dżungli na pograniczu Wietnamu i Laosu. Bohaterowie – polski
profesor Jan Tarnas (Krzysztof Kolberger), tajemniczy czarny charakter
Bernard Traven (Roman Wilhelmi) oraz dziennikarka Christine Jaubert (Ewa
Sałacka) – przeżywają nieprawdopodobne przygody szukając tajemniczego
artefaktu zaginionej cywilizacji.
"
Robiliśmy to z Rosjanami w czasach schyłku ZSRR". - opowiada Piestrak - "
Wszystko
się sypało. Zrobili nam dekorację groty z grobowcami kosmitów, które
nas nie zadowalały, woda niby się tam lała, ale nie tak jak trzeba. W
grocie miał być potwór - ruchliwy i oślizgły. Okazał się sztywną
makietą, która się w ogóle nie ruszała, itd., itp.
Mało tego. Budżet na film nie był zbyt duży więc Laos zastąpił
Wietman. A helikoptera (na który twórcy filmu czekali na planie bity
miesiąc) można było skorzystać tylko raz bo kiedy wyląduje to nie wzbije
się ponownie bo ma za słabe akumulatory.
Doszło do tego że dżungla, która występowała w filmie została
zastąpiona przez ... chaszcze. - Żeby udawać dżunglę, trzeba było przed
kamerę Ryszarda Lenczewskiego wetknąć kawałek liścia, żeby wyglądało, że
jest tu gęsto od roślinności - wspomina rozgoryczony filmowiec.
Kolejną sprawą to była kwestia wiszącego mostu przez który przechodzą nasi bohaterowie. Reżyser wyjaśnia "
Robiliśmy
ją na pograniczu absolutnego ryzyka. Ten mostek naprawdę tak wyglądał,
jak wygląda na filmie. Ekipa trzymała się tych szczebli, poręczy i lian,
aktorka wisiała nad tą rzeką - wprawdzie w jakiejś konstrukcji, którą
przygotował nasz kaskader - ale rzeczywiście na rękach, mogła spaść ...
Mieliśmy kilka godzin. Potem dowiedzieliśmy się, że podobną scenę u
Spielberga kręcono dwa tygodnie na mostku zbudowanym na hali z
kaskaderami i tak dalej ... Może tamta scena wyszła lepiej. Ale nasza
była kręcona z narażeniem życia przez całą ekipę".
Warto też wspomnieć o najprzeróżniejszych dziwolągach i o efektach
specjalnych, którymi zajął się stały współpracownik Piestraka, Janusz
Król. On to bowiem zaprojektował wielkie wężopodobne monstrum,
czychające na bohaterów w zakazanej świątyni oraz charakteryzację Igora
Przegrodzkiego, który wskutek odrażającej metamorfozy zamienia się w
monstrum z wielką kulą na czole (żarówki akurat nie były drogie) rodem z
amerykańskich filmów grindhouse. Wszystko to odbyło się tanim kosztem
bowiem były mocno ograniczone środki. Jednak mimo to, jak na tamte
polskie czasy niektóre z tych "cudów specjalnych" wypadły dość
przyzwoicie.
"Zdjęcia trickowe wyszły tak, jak wyszły, nie było mowy o komputerach
czy innych środkach, którymi obecnie dysponuje kinematografia. Nie
zawsze te lasery wychodzą prosto z oczu bogów, ale jakoś to wtedy
zostało przełknięte. Teraz pewnie ludzie się śmieją, ale najważniejsze,
żeby ten film nadal jakoś istniał" - mówi Marek Piestrak.
Mimo iż film, z dzisiejszego punktu widzenia wypadł naprawdę
groteskowo to w momencie, kiedy wszedł na ekrany, wywołał istną furorę. W
samej Polsce produkcja zgromadziła w kinach ponad milion widzów, ilość
często nieosiągalną dla filmów współcześnie kręconych nad Wisłą. Jeszcze
większo widownię zgromadził u naszych wschodnich sąsiadów gdzie w ZSRR
film ten obejrzło ... 25 milionów widzów co było swoistym rekordem w
naszej kinematografii i ostatnim sukcesem finansowym Marka Piestraka.
W 2010 roku „Klątwa Doliny Węży” ukazała się Polsce na DVD w serii wydawniczej Telewizji Kino Polska.