czwartek, 22 czerwca 2017

Klatwa doliny wezy


"Źródło potęgi i mocy w dolinie tysiąca węży. I że mnie ponoć zabity przez moich strażników, Ty - Dobro Zły - idź. Płaski kamień, głowa węża. Ruszaj, nie ruszaj. Trzy razy Khuman. Wielki skarb i straszny mrok. Zapanujesz nad światem jeśli wyzwolisz potęgę i moc - Dobry, Zły - zginiesz. W znaczeniu poznania, nowe życie...." (fragment z tajemniczego transkryptu)








Pogranicze laotańsko-wietnamskie, listopad 1954. Na skraju dżungli ląduje ostrzelany przez partyzantów helikopter. Pilot Bernard Traven, poszukując wody, trafia do buddyjskiej świątyni, skąd rabuje drogocenną szkatułkę. Mnich rzuca klątwę... Sorbona, trzydzieści lat później. Wykład prowadzi Jan Tarnas, specjalista od starych tajskich rękopisów. Nieoczekiwanie pojawia się Traven prosząc profesora o rozszyfrowanie manuskryptu z tajskiej szkatuły. Podczas jego rozcinania w laboratorium nieoczekiwanie gaśnie światło i pojawiają się węże. Ich ofiarą pada monter reperujący oświetlenie. Przybywa policja, a wkrótce potem dziennikarka Christine Jaubert z redakcji "France Soir". Badając okoliczności śmierci poznaje Tarnasa. W willi Travena Tarnas z gospodarzem odczytują kartkę z manuskryptu. Ich ciekawość budzi przestroga przed "khumanem" - tajemniczym niebezpieczeństwem. Ponownie pojawia się jadowity wąż...

Kolejny - bodajże siódmy film Marka Piestraka, przez niektórych nazywany "Rodzimym Edem Woodem" uznaje się za jedną z najgorszych rodzimych produkcji. Jednak to co było nie do strawienia przez krytyków ówczesne pokolenie kinomanów uznawało polsko-radzieckiego "Indiana Jonesa" za najlepszy towar eksportowy. "Indiana Jones"? - Marek Piestrak kategorycznie zaprzecza by wzorował się na filmie z przygodami słynnego archeologa (chodzi o film "Poszukiwacze zaginionej arki")
"Zamiar zrobienia tego filmu narodził się jeszcze przed Indianą Jonesem. Chciałem to nakręcić dwa lata wcześniej, zanim tamten trafił na ekrany". Reżyser spóźnił się niestety o dwa lata. "Stanąłem przed wyborem : robić czy nie robić. Wiedziałm że "Poszukiwaczy zaginionej arki" nie przeskoczymy w rozmachu realizacyjnym, we wspaniałej inscenizacji... Ale scenariusz był gotowy, umowy z kontrahentami z Wietnamu i Estonii zawierane. Wszyscy mnie namawiali, żeby ten film zrobić. W takich warunkach, jakie były - trochę siermiężnych - duży przygodowy film powstał" - twierdził reżyser.
Scenariusz polskiego "Indiany Jonesa na miarę naszych możliwości" jak to określił jeden z internautów powstał w oparciu o opowiadanie "Hobby dr. Travena", które na początku lat 80. ukazywało się w odcinkach na łamach Przekroju. Autorem scenariusza był był Wiesław Górnicki, ukrywający się pod pseudonimem Robert Stratton - zmarły w 1996 roku pisarz i dziennikarz w latach 80. pełnił kilka ważnych funkcji państwowych (był m.in. bliskim współpracownikiem gen. Wojciecha Jaruzelskiego i autorem jego najważniejszych przemówień, m.in. tego z 13 grudnia 1981).

Doborowa obsada miała przyciągnąć również uwagę widzów. W filmie pojawiają się Krzysztof Kolberger, Roman Wilhelmi, Ewa Sałacka, Leon Niemczyk jednak widzowie zwracali uwagę na efekty specjalne a raczej mizerne ich próby stworzenia. Akcja filmu rozgrywała się w Paryżu i w dzikich ostępach dżungli na pograniczu Wietnamu i Laosu. Bohaterowie – polski profesor Jan Tarnas (Krzysztof Kolberger), tajemniczy czarny charakter Bernard Traven (Roman Wilhelmi) oraz dziennikarka Christine Jaubert (Ewa Sałacka) – przeżywają nieprawdopodobne przygody szukając tajemniczego artefaktu zaginionej cywilizacji.
"Robiliśmy to z Rosjanami w czasach schyłku ZSRR". - opowiada Piestrak - "Wszystko się sypało. Zrobili nam dekorację groty z grobowcami kosmitów, które nas nie zadowalały, woda niby się tam lała, ale nie tak jak trzeba. W grocie miał być potwór - ruchliwy i oślizgły. Okazał się sztywną makietą, która się w ogóle nie ruszała, itd., itp.
Mało tego. Budżet na film nie był zbyt duży więc Laos zastąpił Wietman. A helikoptera (na który twórcy filmu czekali na planie bity miesiąc) można było skorzystać tylko raz bo kiedy wyląduje to nie wzbije się ponownie bo ma za słabe akumulatory.
Doszło do tego że dżungla, która występowała w filmie została zastąpiona przez ... chaszcze. - Żeby udawać dżunglę, trzeba było przed kamerę Ryszarda Lenczewskiego wetknąć kawałek liścia, żeby wyglądało, że jest tu gęsto od roślinności - wspomina rozgoryczony filmowiec.

Kolejną sprawą to była kwestia wiszącego mostu przez który przechodzą nasi bohaterowie. Reżyser wyjaśnia "Robiliśmy ją na pograniczu absolutnego ryzyka. Ten mostek naprawdę tak wyglądał, jak wygląda na filmie. Ekipa trzymała się tych szczebli, poręczy i lian, aktorka wisiała nad tą rzeką - wprawdzie w jakiejś konstrukcji, którą przygotował nasz kaskader - ale rzeczywiście na rękach, mogła spaść ... Mieliśmy kilka godzin. Potem dowiedzieliśmy się, że podobną scenę u Spielberga kręcono dwa tygodnie na mostku zbudowanym na hali z kaskaderami i tak dalej ... Może tamta scena wyszła lepiej. Ale nasza była kręcona z narażeniem życia przez całą ekipę".
Warto też wspomnieć o najprzeróżniejszych dziwolągach i o efektach specjalnych, którymi zajął się stały współpracownik Piestraka, Janusz Król. On to bowiem zaprojektował wielkie wężopodobne monstrum, czychające na bohaterów w zakazanej świątyni oraz charakteryzację Igora Przegrodzkiego, który wskutek odrażającej metamorfozy zamienia się w monstrum z wielką kulą na czole (żarówki akurat nie były drogie) rodem z amerykańskich filmów grindhouse. Wszystko to odbyło się tanim kosztem bowiem były mocno ograniczone środki. Jednak mimo to, jak na tamte polskie czasy niektóre z tych "cudów specjalnych" wypadły dość przyzwoicie.

"Zdjęcia trickowe wyszły tak, jak wyszły, nie było mowy o komputerach czy innych środkach, którymi obecnie dysponuje kinematografia. Nie zawsze te lasery wychodzą prosto z oczu bogów, ale jakoś to wtedy zostało przełknięte. Teraz pewnie ludzie się śmieją, ale najważniejsze, żeby ten film nadal jakoś istniał" - mówi Marek Piestrak.
Mimo iż film, z dzisiejszego punktu widzenia wypadł naprawdę groteskowo to w momencie, kiedy wszedł na ekrany, wywołał istną furorę. W samej Polsce produkcja zgromadziła w kinach ponad milion widzów, ilość często nieosiągalną dla filmów współcześnie kręconych nad Wisłą. Jeszcze większo widownię zgromadził u naszych wschodnich sąsiadów gdzie w ZSRR film ten obejrzło ... 25 milionów widzów co było swoistym rekordem w naszej kinematografii i ostatnim sukcesem finansowym Marka Piestraka.
W 2010 roku „Klątwa Doliny Węży” ukazała się Polsce na DVD w serii wydawniczej Telewizji Kino Polska.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz